Komu służy ekspert?

Posted on 2 Kwiecień 2010. Filed under: dr Enji, lekarz Enji, lekarz Enkhjargal Dovchin, Sprzedajni dziennikarze, Zero prawdy | Tags: , , |


Światem rządzą eksperci. Podpowiadają politykom najważniejsze decyzje; objaśniając rzeczywistość, kreują zagrożenia albo je bagatelizują.

Świat stał się zbyt skomplikowany, dlatego potrzebujemy ekspertów. Ale jednocześnie – skazani na ich łaskę i niełaskę. Jak wybrnąć z tego zaklętego koła? Zapraszamy do debaty na naszym forum.

Trudno wyobrazić sobie sytuację, że rządy demokratycznych krajów decydują się wydać ogromne pieniądze podatników bez opinii ekspertów. Po ogłoszeniu przez Światową Organizację Zdrowia (WHO) pandemii świńskiej grypy decyzja o masowym zakupie szczepionek wydawała się oczywista – eksperci WHO nie mieli przecież wątpliwości, że zagrożenie jest ogromne. Rządy wielu krajów wydały setki milionów euro na szczepionki, których teraz usiłują się pozbyć. Identycznie postąpił rząd fiński, mający w grupie doradców strategicznych WHO swojego człowieka. Jest nim prof. Juhani Eskola. Tymczasem duńska prasa niedawno doniosła, że kierowany przez niego Fiński Narodowy Instytut Zdrowia i Opieki Społecznej tylko w 2009 r. otrzymał na badania od GlaxoSmithKline, czołowego producenta szczepionek, ponad 6 mln euro i 9 mln dol. Pointą tego skandalu jest fakt, że inni eksperci WHO badający sprawę orzekli, że żadnego konfliktu interesów nie było. Grupa ekspertów WHO, związanych finansowo z koncernami farmaceutycznymi, jest zresztą dużo większa. Zidentyfikowała ją komisja śledcza powołana przez Komisję Europejską.

Prof. Andrzeja Górskiego, wiceprezesa Polskiej Akademii Nauk, próba ukrycia przez WHO skandalu pod dywanem nie dziwi. – W prasie naukowej od dawna już pojawiają się głosy, że autorytety ze Światowej Organizacji Zdrowia lobbują na rzecz przemysłu farmaceutycznego. Przed kilku laty WHO w cudowny sposób rozmnożyła grupę chorych na nadciśnienie wyrokując, że stan, który do tej pory uważany był za zadowalający (ciśnienie 140 na 90), teraz kwalifikuje się do leczenia. Rzesze ludzi, dotąd nieprzyjmujących leków kardiologicznych, ruszyły do aptek.

Wiele naszych sław medycznych też nie dostrzeże w postępowaniu fińskiego kolegi nic nagannego. Przecież nie wziął tych pieniędzy do kieszeni, tylko przeznaczył na rozwój instytutu. Dla dobra nauki, młodszych lekarzy i pacjentów. W świetle badań innych ekspertów postępowanie prof. Eskoli wydaje się mniej oczywiste. Andrzej Górski na jednej z konferencji naukowych prezentował badanie szympansów, które otrzymały cukierka. Małpy poczuwały się do wdzięczności wobec darczyńcy. W przypadku ludzi sprawa wygląda podobnie, a poczucie wdzięczności powoduje coś, co nazwano efektem sponsora. Czyli że o wynikach badań naukowych w znacznym stopniu decyduje ten, kto płaci.

Amerykańskie badaczki Deborah Barnes i Lisa Bero przestudiowały wyniki stu publikacji naukowych poświęconych szkodliwości palenia. Okazało się, że w przypadku artykułów pisanych przez ekspertów sponsorowanych przez przemysł tytoniowy ich autorzy w 94 proc. udowadniali, że bierne palenie jest dla zdrowia nieszkodliwe. Kiedy jednak badania prowadziły osoby niezwiązane z firmami tytoniowymi, w 87 proc. okazywało się, że bierne palenie szkodzi.

Na rodzimym gruncie efekt sponsora wywołał przed laty głośną wojnę masła z margaryną. Naukowcy robiący badania na zlecenie międzynarodowych koncernów, które przejęły polskie zakłady tłuszczowe, zdecydowanie orzekli, że dla naszego zdrowia margaryna jest lepsza. Inna grupa lekarzy żywieniowców, którzy – za pieniądze związku mleczarskiego – potwierdzili zdrowotne walory masła, usiłowała dać im odpór. W rezultacie w głowach konsumentów powstał kompletny zamęt, a medialną wojnę zakończyła śmierć aktora, który reklamował margarynę, zapewniając, iż dzięki niej ma serce jak dzwon. Umarł na zawał.

Eksperci naukowcy

Prof. Sheldon Krimsky z Uniwersytetu Tuftsa w swojej głośnej książce „Nauka skorumpowana?” twierdzi, że tylko nauka finansowana z pieniędzy publicznych może pozostać niezależna. W USA, gdzie coraz więcej badań finansuje biznes, ta niezależność zaczyna być niepokojąco problematyczna. Prof. Andrzej Górski uważa, że jeszcze gorzej może być w Polsce. Koncerny farmaceutyczne na badania kliniczne w naszym kraju wydają już kilka miliardów euro rocznie – to kilka razy więcej, niż wynosi budżet Ministerstwa Nauki.

Kłopot polega na tym, że trudno odpowiedzieć na pytanie, czyim interesem kierują się badacze? Nauki? Pacjentów? Czy koncernu farmaceutycznego, który za badania płaci? Etycy nie potrafią na nie jednoznacznie odpowiedzieć. Gdyby bowiem badania kliniczne nowego leku prowadzono dla dobra nauki, to ich wyniki byłyby dostępne dla innych naukowców, mogłyby się przyczyniać do rozszerzania ich wiedzy. Tak jednak się nie dzieje, efekt badań jest własnością sponsora i pozostaje tajny. Bywa, że badania się przerywa i wtedy tym bardziej ukrywa przyczynę. A więc dobro nauki jako beneficjenta badań klinicznych raczej nie wchodzi w grę.

Dobro pacjentów też bywa problematyczne. Nie tylko dlatego, że czasem sponsor badacza pogania, gdyż konkurent pracuje nad podobnym lekiem i jeśli zarejestruje go pierwszy, zgarnie z rynku śmietankę. Wątpliwości etyków budzi też fakt, że w niektórych badaniach części pacjentów podaje się testowany lek, a innej grupie – placebo. W Polsce takie badania nie są rzadkością, w innych krajach lekarze zaczynają być im przeciwni.

Mamy coraz więcej przykładów, że lek, który po badaniach klinicznych ogłasza się jako cudowne remedium na jakieś schorzenie, potem okazuje się zabójczy. Jak głośny przed kilkoma laty Viox, który z powodu przypadków śmiertelnych wycofano z rynku, czy kilka specyfików psychiatrycznych, które powodowały u pacjentów skłonności samobójcze. Nie odpowiemy jednak na pytanie, czy można było ich uniknąć, gdyby badania kliniczne nadzorowało na przykład państwo.

Czy to źle, że coraz więcej badań klinicznych przeprowadza się w Polsce? Bardzo dobrze! – odpowiada prof. Andrzej Górski. – Ale nie może być tak, że ja w Internecie mogę znaleźć, jakie badania robi się na myszach, a nie ma informacji o badaniach klinicznych na ludziach. Ani kto, ani gdzie, nie mówiąc już o tym, za ile. Nikt zresztą nie postuluje, żeby ujawniać wysokość zarobków, chodzi o sam fakt gratyfikacji. Każda próba ucywilizowania tego zjawiska spotyka się z histeryczną reakcją badaczy, straszących, że koncerny wyniosą się z badaniami do Chin. W USA koncerny muszą na swoich stronach internetowych pokazywać, z jakimi lekarzami współpracują, w Polsce jest to kwestia ich dobrej woli. Tajemnicą poliszynela jest, że popularni badacze w koncernach farmaceutycznych zarabiają wielekroć więcej niż w klinice, w której robione są badania. Ale ich pacjenci o tym nie wiedzą. Powszechnie znany jest tylko jeden, publiczny, pracodawca. Kiedy więc w mediach ci sami eksperci domagają się, by państwo zapłaciło za lek, na testowaniu którego sporo zarobili, skąd mamy mieć pewność, że kierują się interesem pacjentów, a nie jest to efekt sponsora?

Forum, na którym najłatwiej odwdzięczyć się sponsorowi, są posiedzenia Rady Konsultacyjnej państwowej Agencji Oceny Technologii Medycznych. To tutaj medyczne autorytety decydują, czy rekomendować Ministerstwu Zdrowia wpisanie leku na listę refundacyjną, czyli że za specyfik zapłacą podatnicy. Dla koncernu oznacza to możliwość zarobienia ogromnych pieniędzy. Informacja, czy lekarz usilnie namawiający państwo do wydania pieniędzy na jakiś specyfik nie jest powiązany z firmą, która zarobi na tej decyzji ciężkie pieniądze, wydawała się bardzo istotna. Agencja zażądała więc od ekspertów wypełnienia oświadczenia, że w ich przypadku nie zachodzi konflikt interesów. – Grono ekspertów poważnie się uszczupliło – mówi Wojciech Matusewicz, szef AOTM.

Efekt sponsora utrudnia też funkcjonowanie publicznej służby zdrowia na niższych szczeblach. Kiedy Ministerstwo Zdrowia zaleciło szpitalom, by wyeliminować z przetargów na zakup leków czy sprzętu osoby powiązane finansowo z ich dostawcami, procedura zakupów niesamowicie się wydłużyła. Przetargów nie ma kto rozstrzygać.

Ekspert dwóch panów

Kiedy ekspert jest nie w porządku? Prof. Zbigniew Szawarski, etyk z Uniwersytetu Warszawskiego, ma krótką definicję – wtedy, gdy jest sługą dwóch panów, ale my wiemy tylko o jednym. Nie ma więc nic zdrożnego w tym, że wybitny naukowiec sprzedaje jednocześnie swoją wiedzę np. firmie biotechnologicznej. Konflikt interesów zaczyna się wtedy, gdy te role się mieszają albo też zainteresowany miesza je celowo. Jak Charles W. Thomas, profesor Uniwersytetu Florydy. W specjalistycznym piśmie zamieścił on artykuł, w którym zaprezentował swoje badania na temat recydywy wśród nieletnich skazanych.

Z analizy porównującej pensjonariuszy więzień prywatnych i publicznych wynikało, że nieletni odbywający karę w więzieniach prywatnych rzadziej stają się recydywistami. Wyniki tych badań stanowiły argument wspierający inicjatywy zmierzające do przekształcenia państwowych więzień w prywatne instytucje komercyjne.

Socjologom przyglądającym się badaniu wydawało się ono tendencyjne. Thomas byłych więźniów obserwował tylko przez rok, tymczasem większość przypadków recydywy pojawia się po 6-10 latach od odbycia kary. Okazało się, że autor badania był związany z Projektem Prywatnego Więziennictwa i zarobił na nim ponad 25 tys. dol. U nas nie ma wprawdzie prywatnych więzień, ale właśnie pojawił się pomysł sprywatyzowania Służby Granicznej na lotniskach. Warto przyglądać się, czy nie zostanie poparty jakimiś naukowymi dowodami na większą skuteczność ochroniarzy sprawdzających bagaże pasażerów. Niewykluczone, że będą to autorytety zagraniczne.

Naukowców-biznesmenów jest coraz więcej. W Ministerstwie Zdrowia twierdzą, że NFZ chętnie zakontraktowałby więcej procedur medycznych w renomowanym Instytucie Matki i Dziecka, do którego pacjentom bardzo trudno się dostać. Kłopot w tym, że nie zależy na tym samemu Instytutowi, który nie wykonuje nawet obecnych kontraktów. Zarabia bowiem nie na leczeniu, ale na rekomendacjach. Czyli na tym, żeby producenci różnych wyrobów dla dzieci mogli napisać na opakowaniu albo pochwalić się w reklamie telewizyjnej, że „danonki polecane są przez Instytut Matki i Dziecka”. Ile muszą za to zapłacić? – Umowy negocjowane są indywidualnie, zależą m.in. od tego, czy firma jest duża, czy mała – mówi pracownik IMiD. Producentom bardzo zależy na rekomendacjach, dla nich podparcie się marką Instytutu także przekłada się na pieniądze. Biznes robią obie strony, a chorzy nie mają o tym pojęcia.

Narzekamy, że polska nauka tak rzadko współpracuje z przemysłem, chyba jednak nie o taką współpracę powinno chodzić. Mali pacjenci, którzy z braku miejsc nie mają szans leczyć się w renomowanej publicznej placówce medycznej, nawet nie wiedzą, że powoli przestają być racją jej istnienia.

Eksperci akwizytorzy

Od kilku lat w polskich mediach pojawiają się eksperckie teksty znanych ekonomistów, ale do tytułu naukowego autora dodaje się nazwę jednej z kilku globalnych firm konsultingowych. Teksty są ciekawe, a merytoryczną wiedzą ich autorzy biją na głowę dziennikarzy. I można by się było tylko cieszyć, gdyby nie to logo. Dla czytelnika o wiarygodności eksperta świadczy jego tytuł naukowy i, ewentualnie, nazwa uczelni, w której prowadzi badania. Ale to nie publiczna uczelnia pojawia się w podpisie, tylko prywatny pracodawca. Intrygujące. – To eksperci akwizytorzy – stwierdza osoba z kręgów rządowych, która woli nie ujawniać swojego nazwiska.

– Rola partnera w firmie konsultingowej jest ściśle określona – uzasadnia swoją opinię mój rozmówca. – Ma zdobyć dla swojej firmy klientów, którzy sporo zapłacą za jej usługi, wiadomo, że doradztwo „wielkiej czwórki” słono kosztuje. Jeśli partner nie zdobywa klientów, przestaje być partnerem. Wielka aktywność medialna kilku znanych ekonomistów służy właśnie temu. Mój rozmówca ma dostęp do informacji, o których nie wie czytelnik. Nie jest więc do końca przekonany, że teksty pokazujące na przykład tragiczny stan polskiej nauki dyktowane są tylko obywatelską troską popularnego ekonomisty. – Po serii publikacji Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego zamówiło w firmie doradczej, w której ich autor jest partnerem, strategię rozwoju polskiej nauki. Wartość zlecenia wynosi kilka milionów złotych.

Znany ekonomista jest teraz współautorem wielu tekstów, domagających się od rządu radykalnych reform. – Zabiega o następne zlecenie? – złośliwie komentuje mój rozmówca.

Medialna obecność w charakterze eksperta może być warta dużych pieniędzy, więc warto o nią zabiegać. Słuchacze czy czytelnicy mają do ekspertów zaufanie, są pewni, że opinie, które wygłaszają, wynikają z głębokiej wiedzy i podyktowane są troską o interes wspólny, warto się nimi kierować. Czasem eksperci jeżdżą po bandzie i wtedy przestajemy im ufać. Jak temu, który uparcie zapewniał w gazetach, że mieszkania będą drożeć, kiedy ceny już leciały w dół. Pomylił się? Nie, jest prezesem wielkiej firmy deweloperskiej i po prostu zabiegał o jej interesy. Przedstawiano go jednak nie jako biznesmena, ale eksperta.

Czasem ekspert z roli akwizytora próbuje wyjść z twarzą. Medyczny autorytet przyjmuje zaproszenie do wygłoszenia referatu dla młodszych lekarzy na temat jakiegoś schorzenia i leczącego go leku. Stara się nawet nie wymieniać jego nazwy. Pieniądze za wykład płaci mu firma PR, która spotkanie zorganizowała, dopiero jej zleceniodawcą jest koncern farmaceutyczny. Rozwieszone reklamy nie pozostawiają jednak słuchaczom wątpliwości, o jaki lek chodzi.

Eksperci od reumatyzmu i zaburzeń snu biorący udział w społecznej kampanii „Szlachetne zdrowie” także nie czuli się akwizytorami. Wszelkie pozory zostały zachowane. Współorganizatorem kampanii były uniwersytety trzeciego wieku, których słuchacze często cierpią zarówno na reumatyzm, jak i kłopoty ze snem. Lekarze zaś wyjaśniali, jak można je łagodzić. Niemałe znaczenie ma w tej sprawie pościel, w której śpimy. Sponsorem społecznej kampanii była firma Lama Gold, handlująca wełnianą pościelą „rehabilitacyjną”, zaś uczestnicy uniwersytetów trzeciego wieku docelową grupą jej klientów. – W trakcie wykładów pościeli nie oferowaliśmy – zapewnia były organizator kampanii. Efekty w postaci wzrostu sprzedaży miały się pojawić później.

Eksperci chałturnicy

Granicę między akwizycją a chałturą przechodzi się płynnie i, wbrew pozorom, chałtura nie oznacza wcale mniejszych pieniędzy. Zdaniem prof. Andrzeja Sławińskiego, członka odchodzącej właśnie Rady Polityki Pieniężnej, największa chałtura ostatnich lat stała się przyczyną obecnego kryzysu finansowego. – Renomowane światowe agencje ratingowe, oceniające wiarygodność instrumentów finansowych, najwyższą ocenę (AAA) dały obligacjom CDO emitowanym przez instytucje parabankowe – przypomina prof. Sławiński. Po wybuchu kryzysu nazwano je toksycznymi papierami bez wartości. Światowe agencje ratingowe ich nie badały, zadowalając się zapewnieniami emitentów. A oni słono płacili im za ocenę. Chałturnicy wzięli zapłatę za swoją markę.

Chałturnikiem wszech czasów okazał się amerykański prof. Charles Nemeroff, który w latach 2000-2007 zarobił w ten sposób 2,7 mln dol., służąc kilku panom jednocześnie. Ten znany psychiatra był jednocześnie redaktorem naczelnym prestiżowych pism naukowych z tej dziedziny. Jako redaktor sam do siebie pisał listy, w których zamawiał artykuły na temat jednego z leków, produkowanych przez firmę, na której liście płac figurował. Za napisanie jednego artykułu brał 1,5 tys. dol., za zorganizowanie napisania artykułu – 3 tys. dol.

Wykrycie, kto za kim stoi, nie jest wcale łatwe. Przypadek prof. Nemeroffa nie powinien był się w ogóle zdarzyć, prawo nakazywało mu bowiem każdy zarobek powyżej 10 tys. dol. rocznie zgłosić władzom macierzystej uczelni. Zapomniał. Wpadł na skutek pogromu skorumpowanych naukowców, jaki zorganizował senator Charles Grassley.

Grupa innych chałturników, zwanych ghostwriters, wpadła niedawno w USA na skutek procesu. Wytoczyła go liczna grupa Amerykanek, które zachorowały m.in. na raka piersi i przyjmowały lek, o którym czytały wiele entuzjastycznych artykułów w pismach naukowych. Zażądały odszkodowania od ich autorów, będących przecież autorytetami w medycynie. Dlaczego nie wspomnieli o niebezpiecznych skutkach ubocznych? W sądzie eksperci przyznali, że podpisali swoim nazwiskiem teksty dostarczone im przez producentów leku. Sprzedali nazwisko.

Zachowania poszczególnych ekspertów czy nawet całych środowisk nie muszą wynikać z nieuczciwości. Pismom branżowym czy nawet naukowym linię redakcyjną coraz częściej dyktują reklamodawcy. Konia z rzędem temu, kto w takim periodyku znajdzie artykuł krytykujący żywicieli pisma. Minie trochę czasu, zanim czytelnicy zorientują się, czyj interes pismo naprawdę reprezentuje.

Skandale związane z działalnością ekspertów biorących pieniądze od kilku panów wybuchają na całym świecie – nasz kraj wydaje się oazą spokoju. Zdaniem etyka prof. Zbigniewa Szawarskiego jest to spokój złudny. Jest członkiem komisji bioetycznych, których zadaniem jest m.in. pilnowanie prawidłowości badań klinicznych. Tymczasem badacze ujawniają komisjom tylko to, co chcą, a najczęściej chcą niewiele. Wyniki badań są przecież własnością sponsora, niekorzystne dla leku informacje są utajniane. Zdarzają się przypadki, że jeden naukowiec prowadzi jednocześnie aż 64 badania, a w komisji zasiada członek lub szef zespołu badawczego. Typowy konflikt interesów.

Nie da się go uniknąć. Nie można mieć pretensji, że ktoś, kto zdobył ogromną wiedzę w danej dziedzinie, zamienia ją na pieniądze. – Ale trzeba, żeby robił to jawnie – twierdzi prof. Andrzej Górski. Jeśli ktoś lobbuje za wpisaniem jakiegoś specyfiku na listę refundacyjną, niech poda, ile zarobił w koncernie, który stanie się beneficjentem. Podobnie ktoś, kto w interesie przyszłych emerytów optuje za konkretnymi rozwiązaniami w drugim filarze, nie może ukrywać, że bierze, jako członek rady nadzorczej, pieniądze od PTE (powszechnego towarzystwa emerytalnego). Okazać się wtedy może, że przy nazwiskach niezależnych ekspertów pojawi się także długa lista pracodawców. Łatwo się będzie zorientować, czy mamy do czynienia z efektem sponsora.

Czasem jawność likwiduje konflikt interesów w zarodku. Łódzką filmówkę zelektryzowała wiadomość, że jej rektor, znany reżyser Robert Gliński, zaangażował się w tworzenie konkurencyjnej, prywatnej szkoły w Gdyni. Miał nawet obiecać przyszłym studentom praktyki w Łodzi. Od pełnomocnika rektora prof. Jerzego Woźniaka trudno dowiedzieć się, czy taka obietnica rzeczywiście została przez rektora złożona, ale pewne jest, że „na razie nic takiego się nie dzieje”. I o to właśnie chodzi.

Artykuł pochodzi z tygodnika POLITYKA

Make a Comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Liked it here?
Why not try sites on the blogroll...

%d bloggers like this: