Archive for 9 kwietnia, 2010

Kontrole z zaskoczenia nadal są postrachem firm

Posted on 9 kwietnia 2010. Filed under: 1 | Tagi: |


Przedsiębiorcy obawiają się, że częste kontrole bez uprzedzenia mogą sparaliżować ich działalność. Za straty spowodowane naruszeniem przez inspektorów prawa należy się przedsiębiorcy odszkodowanie. Materiały pozyskane w trakcie kontroli z naruszeniem przepisów nie mogą być dowodem obciążającym.

ANALIZA

W marcu weszły w życie przepisy, które radykalnie ograniczyły kontrole w firmach. Przedsiębiorcy powinni być teraz powiadamiani o zamiarze wszczęcia kontroli. Ustawodawca pozostawił jednak kilka wyjątkowych sytuacji, w których inspektorzy mogą zjawić się w firmie bez zapowiedzi. I do tych właśnie kontroli przedsiębiorcy wciąż zgłaszają najwięcej zastrzeżeń.
Firma sparaliżowana

– Mimo nowelizacji przepisów dotyczących kontroli stare zagrożenia pozostały – mówi Andrzej Faliński, dyrektor generalny Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji (POHiD) zrzeszającej duże sieci handlowe, w tym hipermarkety.

– Jeżeli np. sanepid znajdzie w sklepie lub hurtowni spożywczej produkty, do których ma zastrzeżenia, to powołując się na względy bezpieczeństwa, natychmiast wzywa inne inspekcje: handlową czy weterynaryjną. Tak duża liczba kontrolerów potrafi skutecznie sparaliżować pracę firmy handlowej – podkreśla Andrzej Faliński.

W praktyce podobny skutek wywołują kontrole przeprowadzane jednocześnie w kilku obiektach należących do tej samej sieci handlowej.

Inspektorzy utrzymują, że nie dokonują równocześnie kilku kontroli w tej samej firmie, gdyż traktują każdy obiekt oddzielnie. W rzeczywistości taka praktyka utrudnia funkcjonowanie całego kontrolowanego przedsiębiorstwa handlowego. Niestety, organy kontroli różnie interpretują przepisy. Zdarza się, że na podstawie tej samej regulacji prawnej zastosowanej do podobnych wyników kontroli w jednym mieście firma handlowa może zostać ukarana, a w drugiej nawet pochwalona.

– Poszukujemy rozsądnej koegzystencji z organami kontroli. Po zasięgnięciu opinii inspektorów m.in. szkolimy pracowników obiektów handlowych, jak należy przygotować się do kontroli, w tym niezapowiedzianych; prosimy o spotkania konsultacyjno-szkoleniowe w inspekcjach, roboczo dyskutujemy o optymalnych sposobach realizacji wniosków pokontrolnych, – Andrzej Faliński.

Kontrole z zaskoczenia

Bez zawiadomienia można dokonywać m.in. kontroli na podstawie przepisów powszechnie obowiązującego prawa wspólnotowego. Chodzi w tym przypadku przede wszystkim o kontrole artykułów żywnościowych, np. w sklepach czy hurtowniach. Z zaskoczenia można również dokonywać kontroli, której przeprowadzenie jest niezbędne dla przeciwdziałania popełnieniu przestępstwa. Nie wymaga również uprzedniego zawiadomienia kontrola jakości paliw przeprowadzana na podstawie ustawy o systemie monitorowania i kontrolowania jakości paliw. Bez zapowiedzi może też odbyć się kontrola, której przeprowadzenie jest uzasadnione bezpośrednim zagrożeniem życia, zdrowia lub środowiska naturalnego.

– Wszczęcie niezapowiedzianej kontroli przez organy administracji publicznej jest nie tylko stresującym doświadczeniem, ale też nierzadko dezorganizuje codzienną działalność przedsiębiorcy. Dlatego należy pozytywnie ocenić zmianę w przepisach polegającą na wyraźnym wskazaniu okoliczności, w których dopuszczalne jest wszczęcie kontroli bez uprzedzenia o tym przedsiębiorcy – mówi Michał Derdak, prawnik z CMS Cameron McKenna.

Dodaje, że w razie rozpoczęcia niezapowiedzianej kontroli w sytuacjach innych niż wymienione w ustawie przedsiębiorca może wnieść sprzeciw do organu kontroli. Nie dotyczy to m.in. kontroli niezbędnych w celu przeciwdziałania popełnieniu przestępstwa lub wykroczenia.

Za straty odszkodowanie

– Do niektórych regulacji dotyczących przeprowadzania niezapowiedzianych kontroli można mieć poważne zastrzeżenia. Taką kontrolę inspektorzy mogą rozpocząć natychmiast, okazując przedsiębiorcy jedynie legitymację służbową. Natomiast samo upoważnienie do przeprowadzenia kontroli może być doręczone dopiero po trzech dniach. To zbyt długi czas – zwraca uwagę Piotr Jaworski, ekspert Krajowej Izby Gospodarczej (KIG).

Natomiast Wojciech Warski, prezes zarządu spółki Softex Data, przewodniczący Konwentu BCC, podkreśla, że kontrola bez powiadamiania przedsiębiorcy w żaden sposób nie może paraliżować funkcjonowania firmy.

– Sposób prowadzenia kontroli musi być współmierny do skali przedsiębiorstwa. Tego nie opiszą żadne przepisy, to dyktuje zdrowy rozsądek. Jeżeli przedsiębiorca poniesie wymierne straty na skutek niewłaściwie prowadzonej, uciążliwej kontroli, to zgodnie z nowymi przepisami może domagać się w sądzie od Skarbu Państwa lub jednostki samorządu terytorialnego odszkodowania za takie szkody – przypomina Wojciech Warski.

Warto zadbać o wpis

Piotr Jaworski z KIG radzi, żeby w przypadku niespodziewanych kontroli przedsiębiorcy dopilnowali, aby inspektorzy dokonali wpisu do książki kontroli o jej wszczęciu.

– Wbrew powszechnej opinii, przedsiębiorcy nie są bezsilni w obliczu niezapowiedzianej kontroli, choć nasze przepisy nadal są na tyle skomplikowane, że skuteczne zabezpieczenie swoich interesów zwykle będzie wymagało współpracy z prawnikiem – mówi Michał Derdak.

– Jeżeli na skutek przeprowadzenia czynności kontrolnych z naruszeniem przepisów prawa przedsiębiorca poniesie szkodę, to będzie mógł ubiegać się w sądzie o odszkodowanie – przypomina Piotr Jaworski.

Trudno zrozumieć, dlaczego do ustawowych limitów trwania kontroli nie wlicza się tych, które są przeprowadzane, gdy przedsiębiorca ubiega się zwrot VAT na swój rachunek bankowy. To zły wyjątek od zasady.

Warto przypomnieć, że informacje i materiały pozyskane przez urzędników w trakcie kontroli prowadzonej z naruszeniem przepisów, które miały istotny wpływ na wynik kontroli, nie mogą stanowić dowodu w żadnym późniejszym postępowaniu.

Źródło: GP

Read Full Post | Make a Comment ( None so far )

Sądy muszą zacząć rozmawiać z obywatelami

Posted on 9 kwietnia 2010. Filed under: sądy | Tagi: , , |


W tak scentralizowanym systemie jak sądownictwo brak jest jednolitego standardu komunikacji sądu z obywatelem; bywa, że ten poziom nie jest dostateczny – to wniosek z raportu Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka i Forum Obywatelskiego Rozwoju o komunikacji sądu z obywatelem.

W tak scentralizowanym systemie jak sądownictwo brak jest jednolitego standardu komunikacji sądu z obywatelem; bywa, że ten poziom nie jest dostateczny – to wniosek z raportu Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka i Forum Obywatelskiego Rozwoju o komunikacji sądu z obywatelem.

Autorzy raportu zalecają szeroki program szkoleń dla pracowników sądów, którzy kontaktują się z obywatelami. Szkolenia powinny obejmować zasady komunikacji interpersonalnej oraz standardy rozmowy (także telefonicznej) z interesantem.

W każdym sądzie powinny być również wyznaczone odpowiednio przeszkolone osoby do pomocy osobom niepełnosprawnym, bo – jak się okazuje – gdzieniegdzie szwankuje jeszcze gwarantowany Konstytucją i konwencjami ONZ dostęp do sądu osoby niepełnosprawnej.

PAP poznała treść tego raportu przed jego oficjalną publikacją, we wtorek. Badanie zasad, sposobów i profesjonalnego poziomu komunikacji sądów z obywatelami odbyło się jesienią zeszłego roku, pozostały czas to analiza wniosków. Badanie objęło 39 polskich sądów – zarówno apelacyjnych, okręgowych jak i rejonowych.

Wiadomo już, że resort sprawiedliwości w niedługim czasie chce przedstawić na specjalnej konferencji prasowej swoje pomysły na polepszenie komunikacji sądu z obywatelami.

Generalny wniosek z badania, to duża różnorodność rozwiązań stosowanych przez polskie sądy w zakresie komunikacji. „Wiele jest efektem +twórczości własnej sądów+, zarówno w pozytywnym, jak i negatywnym sensie” – czytamy w opracowaniu. Powraca temat konieczności zorganizowania w każdym sądzie punktu obsługi interesanta – nie wszędzie takie punkty funkcjonują. Czasem brak nawet tablicy ściennej, na której można byłoby znaleźć wszystkie wokandy z danego dnia.

Z dokonanej w raporcie analizy pism sądowych wynika, że nie odpowiadają one ogólnie przyjętym standardom zarówno pod kątem ich treści, jak i niekiedy formy. „Ankietowani zgłosili najwięcej zastrzeżeń co do języka używanego w pismach, braku informacji precyzyjnie wyjaśniających polecenia w nich zawarte, a także konsekwencje niezastosowania się do wydanych pouczeń i poleceń” – głosi raport.

Na podstawie tych uwag autorzy opracowali nowe wzory pism, zindywidualizowane w zależności od adresata pisma i łączące oficjalny charakter pisma urzędowego z wartościami informacyjnymi dla obywatela (np. treść pouczenia, czytelne wskazanie danych kontaktowych sądu, co bywało nieczytelne).

W oparciu o opinie ankietowanych i analizę pism sądowych, raport postuluje: całkowitą rezygnację z formularzy uzupełnianych odręcznie – zamiast tego „firmowy papier” z nadrukowaną na piśmie nazwą i danymi odpowiedniego wydziału sądu zamiast pieczątki; każde wezwanie/zawiadomienie do obywatela powinno wskazywać: kto jest wzywany, w jakim charakterze, w jakiej sprawie jest się wzywanym (sprawa cywilna, z czyjego powództwa, przeciw komu, sprawa karna, przeciw komu, itp.; w jakim celu jest się wzywanym (np. na przesłuchanie, czy badanie); dokładne określenie miejsca i czasu przesłuchania; informację, czy obecność jest obowiązkowa czy nie; „pismo powinno być opatrzone formułami grzecznościowymi, jak „Szanowny Panie”, „Z poważaniem” itp.” – głosi rekomendacja. Musi też być informacja o konieczności wzięcia ze sobą dowodu tożsamości oraz o tym, kiedy można się ubiegać o zwrot kosztów dojazdu do sądu.

Według raportu, w 15 proc. przypadków na stronie internetowej sądu nie było nawet adresu, na który można by było wysłać e-mail. Także zaledwie w 15 proc. badanych sądów na stronie internetowej sądu dostępna była e-wokanda. W kilku kolejnych sądach funkcjonowanie e-wokandy jest dopiero w planach – na stronie pojawiał się komunikat „Strona w przygotowaniu”.

Raport zaleca, by zarządzający sądem zadbali o zamieszczanie na stronie internetowej sądu adresów e-mail do prezesa sądu i do sekretariatów poszczególnych wydziałów; założenie odrębnego adresu e-mail, który będzie służył wyłącznie do celów informacyjnych, lub specjalnego formularza kontaktowego, ze wskazaniem na stronie internetowej sądu, że w ten sposób można zwrócić się do sądu z prośbą o informacje. „Ważna jest też dbałość o podstawowe zasady dotyczące formy korespondencji, takie jak użycie form grzecznościowych na początku i na końcu odpowiedzi, pismo z użyciem polskich znaków, przejrzystość graficzna odpowiedzi” – czytamy.

Gdy chodzi o kontakt telefoniczny z sądem autorzy raportu zauważają, że obywatel zwracający się do sądu zapewne tą drogą wybrał ją zapewne nie bez przyczyny, bo np. nie może udać się osobiście do sądu lub też nie ma dostępu do internetu, więc on także powinien uzyskać wyczerpującą informację.

W raporcie zamieszczono też listę wzorów pism procesowych, które powinny być do pobrania ze strony www każdego sądu: np. pozew, odpowiedź na pozew, sprzeciw od wyroku zaocznego; formularz oświadczenia o stanie rodzinnym, majątku, dochodach i źródłach utrzymania z informacją jak należy go wypełnić; przykładowy druk wniosku o zwolnienie od kosztów sądowych i wniosku o ustanowienie pełnomocnika z urzędu; przykładowy druk usprawiedliwienia nieobecności na rozprawie; druki przelewów bankowych (przekazów pocztowych) z wydrukowaną nazwą sądu i numerem sądowego rachunku bankowego (dla ułatwienia uiszczania opłat sądowych, zaliczek na wydatki, a także grzywien i kar pieniężnych) i kilkanaście innych formularzy.

Źródło: PAP

Read Full Post | Make a Comment ( None so far )

Przekupni eksperci – komu służy ekspert?

Posted on 9 kwietnia 2010. Filed under: eksperci | Tagi: , , |


Światem rządzą eksperci. Podpowiadają politykom najważniejsze decyzje; objaśniając rzeczywistość, kreują zagrożenia albo je bagatelizują.

Świat stał się zbyt skomplikowany, dlatego potrzebujemy ekspertów. Ale jednocześnie – skazani na ich łaskę i niełaskę. Jak wybrnąć z tego zaklętego koła? Zapraszamy do debaty na naszym forum.

Trudno wyobrazić sobie sytuację, że rządy demokratycznych krajów decydują się wydać ogromne pieniądze podatników bez opinii ekspertów. Po ogłoszeniu przez Światową Organizację Zdrowia (WHO) pandemii świńskiej grypy decyzja o masowym zakupie szczepionek wydawała się oczywista – eksperci WHO nie mieli przecież wątpliwości, że zagrożenie jest ogromne. Rządy wielu krajów wydały setki milionów euro na szczepionki, których teraz usiłują się pozbyć. Identycznie postąpił rząd fiński, mający w grupie doradców strategicznych WHO swojego człowieka. Jest nim prof. Juhani Eskola. Tymczasem duńska prasa niedawno doniosła, że kierowany przez niego Fiński Narodowy Instytut Zdrowia i Opieki Społecznej tylko w 2009 r. otrzymał na badania od GlaxoSmithKline, czołowego producenta szczepionek, ponad 6 mln euro i 9 mln dol. Pointą tego skandalu jest fakt, że inni eksperci WHO badający sprawę orzekli, że żadnego konfliktu interesów nie było. Grupa ekspertów WHO, związanych finansowo z koncernami farmaceutycznymi, jest zresztą dużo większa. Zidentyfikowała ją komisja śledcza powołana przez Komisję Europejską.

Prof. Andrzeja Górskiego, wiceprezesa Polskiej Akademii Nauk, próba ukrycia przez WHO skandalu pod dywanem nie dziwi. – W prasie naukowej od dawna już pojawiają się głosy, że autorytety ze Światowej Organizacji Zdrowia lobbują na rzecz przemysłu farmaceutycznego. Przed kilku laty WHO w cudowny sposób rozmnożyła grupę chorych na nadciśnienie wyrokując, że stan, który do tej pory uważany był za zadowalający (ciśnienie 140 na 90), teraz kwalifikuje się do leczenia. Rzesze ludzi, dotąd nieprzyjmujących leków kardiologicznych, ruszyły do aptek.

Wiele naszych sław medycznych też nie dostrzeże w postępowaniu fińskiego kolegi nic nagannego. Przecież nie wziął tych pieniędzy do kieszeni, tylko przeznaczył na rozwój instytutu. Dla dobra nauki, młodszych lekarzy i pacjentów. W świetle badań innych ekspertów postępowanie prof. Eskoli wydaje się mniej oczywiste. Andrzej Górski na jednej z konferencji naukowych prezentował badanie szympansów, które otrzymały cukierka. Małpy poczuwały się do wdzięczności wobec darczyńcy. W przypadku ludzi sprawa wygląda podobnie, a poczucie wdzięczności powoduje coś, co nazwano efektem sponsora. Czyli że o wynikach badań naukowych w znacznym stopniu decyduje ten, kto płaci.

Amerykańskie badaczki Deborah Barnes i Lisa Bero przestudiowały wyniki stu publikacji naukowych poświęconych szkodliwości palenia. Okazało się, że w przypadku artykułów pisanych przez ekspertów sponsorowanych przez przemysł tytoniowy ich autorzy w 94 proc. udowadniali, że bierne palenie jest dla zdrowia nieszkodliwe. Kiedy jednak badania prowadziły osoby niezwiązane z firmami tytoniowymi, w 87 proc. okazywało się, że bierne palenie szkodzi.

Na rodzimym gruncie efekt sponsora wywołał przed laty głośną wojnę masła z margaryną. Naukowcy robiący badania na zlecenie międzynarodowych koncernów, które przejęły polskie zakłady tłuszczowe, zdecydowanie orzekli, że dla naszego zdrowia margaryna jest lepsza. Inna grupa lekarzy żywieniowców, którzy – za pieniądze związku mleczarskiego – potwierdzili zdrowotne walory masła, usiłowała dać im odpór. W rezultacie w głowach konsumentów powstał kompletny zamęt, a medialną wojnę zakończyła śmierć aktora, który reklamował margarynę, zapewniając, iż dzięki niej ma serce jak dzwon. Umarł na zawał.

Eksperci naukowcy

Prof. Sheldon Krimsky z Uniwersytetu Tuftsa w swojej głośnej książce „Nauka skorumpowana?” twierdzi, że tylko nauka finansowana z pieniędzy publicznych może pozostać niezależna. W USA, gdzie coraz więcej badań finansuje biznes, ta niezależność zaczyna być niepokojąco problematyczna. Prof. Andrzej Górski uważa, że jeszcze gorzej może być w Polsce. Koncerny farmaceutyczne na badania kliniczne w naszym kraju wydają już kilka miliardów euro rocznie – to kilka razy więcej, niż wynosi budżet Ministerstwa Nauki.

Kłopot polega na tym, że trudno odpowiedzieć na pytanie, czyim interesem kierują się badacze? Nauki? Pacjentów? Czy koncernu farmaceutycznego, który za badania płaci? Etycy nie potrafią na nie jednoznacznie odpowiedzieć. Gdyby bowiem badania kliniczne nowego leku prowadzono dla dobra nauki, to ich wyniki byłyby dostępne dla innych naukowców, mogłyby się przyczyniać do rozszerzania ich wiedzy. Tak jednak się nie dzieje, efekt badań jest własnością sponsora i pozostaje tajny. Bywa, że badania się przerywa i wtedy tym bardziej ukrywa przyczynę. A więc dobro nauki jako beneficjenta badań klinicznych raczej nie wchodzi w grę.

Dobro pacjentów też bywa problematyczne. Nie tylko dlatego, że czasem sponsor badacza pogania, gdyż konkurent pracuje nad podobnym lekiem i jeśli zarejestruje go pierwszy, zgarnie z rynku śmietankę. Wątpliwości etyków budzi też fakt, że w niektórych badaniach części pacjentów podaje się testowany lek, a innej grupie – placebo. W Polsce takie badania nie są rzadkością, w innych krajach lekarze zaczynają być im przeciwni.

Mamy coraz więcej przykładów, że lek, który po badaniach klinicznych ogłasza się jako cudowne remedium na jakieś schorzenie, potem okazuje się zabójczy. Jak głośny przed kilkoma laty Viox, który z powodu przypadków śmiertelnych wycofano z rynku, czy kilka specyfików psychiatrycznych, które powodowały u pacjentów skłonności samobójcze. Nie odpowiemy jednak na pytanie, czy można było ich uniknąć, gdyby badania kliniczne nadzorowało na przykład państwo.

Czy to źle, że coraz więcej badań klinicznych przeprowadza się w Polsce? Bardzo dobrze! – odpowiada prof. Andrzej Górski. – Ale nie może być tak, że ja w Internecie mogę znaleźć, jakie badania robi się na myszach, a nie ma informacji o badaniach klinicznych na ludziach. Ani kto, ani gdzie, nie mówiąc już o tym, za ile. Nikt zresztą nie postuluje, żeby ujawniać wysokość zarobków, chodzi o sam fakt gratyfikacji. Każda próba ucywilizowania tego zjawiska spotyka się z histeryczną reakcją badaczy, straszących, że koncerny wyniosą się z badaniami do Chin. W USA koncerny muszą na swoich stronach internetowych pokazywać, z jakimi lekarzami współpracują, w Polsce jest to kwestia ich dobrej woli. Tajemnicą poliszynela jest, że popularni badacze w koncernach farmaceutycznych zarabiają wielekroć więcej niż w klinice, w której robione są badania. Ale ich pacjenci o tym nie wiedzą. Powszechnie znany jest tylko jeden, publiczny, pracodawca. Kiedy więc w mediach ci sami eksperci domagają się, by państwo zapłaciło za lek, na testowaniu którego sporo zarobili, skąd mamy mieć pewność, że kierują się interesem pacjentów, a nie jest to efekt sponsora?

Forum, na którym najłatwiej odwdzięczyć się sponsorowi, są posiedzenia Rady Konsultacyjnej państwowej Agencji Oceny Technologii Medycznych. To tutaj medyczne autorytety decydują, czy rekomendować Ministerstwu Zdrowia wpisanie leku na listę refundacyjną, czyli że za specyfik zapłacą podatnicy. Dla koncernu oznacza to możliwość zarobienia ogromnych pieniędzy. Informacja, czy lekarz usilnie namawiający państwo do wydania pieniędzy na jakiś specyfik nie jest powiązany z firmą, która zarobi na tej decyzji ciężkie pieniądze, wydawała się bardzo istotna. Agencja zażądała więc od ekspertów wypełnienia oświadczenia, że w ich przypadku nie zachodzi konflikt interesów. – Grono ekspertów poważnie się uszczupliło – mówi Wojciech Matusewicz, szef AOTM.

Efekt sponsora utrudnia też funkcjonowanie publicznej służby zdrowia na niższych szczeblach. Kiedy Ministerstwo Zdrowia zaleciło szpitalom, by wyeliminować z przetargów na zakup leków czy sprzętu osoby powiązane finansowo z ich dostawcami, procedura zakupów niesamowicie się wydłużyła. Przetargów nie ma kto rozstrzygać.

Ekspert dwóch panów

Kiedy ekspert jest nie w porządku? Prof. Zbigniew Szawarski, etyk z Uniwersytetu Warszawskiego, ma krótką definicję – wtedy, gdy jest sługą dwóch panów, ale my wiemy tylko o jednym. Nie ma więc nic zdrożnego w tym, że wybitny naukowiec sprzedaje jednocześnie swoją wiedzę np. firmie biotechnologicznej. Konflikt interesów zaczyna się wtedy, gdy te role się mieszają albo też zainteresowany miesza je celowo. Jak Charles W. Thomas, profesor Uniwersytetu Florydy. W specjalistycznym piśmie zamieścił on artykuł, w którym zaprezentował swoje badania na temat recydywy wśród nieletnich skazanych.

Z analizy porównującej pensjonariuszy więzień prywatnych i publicznych wynikało, że nieletni odbywający karę w więzieniach prywatnych rzadziej stają się recydywistami. Wyniki tych badań stanowiły argument wspierający inicjatywy zmierzające do przekształcenia państwowych więzień w prywatne instytucje komercyjne.

Socjologom przyglądającym się badaniu wydawało się ono tendencyjne. Thomas byłych więźniów obserwował tylko przez rok, tymczasem większość przypadków recydywy pojawia się po 6-10 latach od odbycia kary. Okazało się, że autor badania był związany z Projektem Prywatnego Więziennictwa i zarobił na nim ponad 25 tys. dol. U nas nie ma wprawdzie prywatnych więzień, ale właśnie pojawił się pomysł sprywatyzowania Służby Granicznej na lotniskach. Warto przyglądać się, czy nie zostanie poparty jakimiś naukowymi dowodami na większą skuteczność ochroniarzy sprawdzających bagaże pasażerów. Niewykluczone, że będą to autorytety zagraniczne.

Naukowców-biznesmenów jest coraz więcej. W Ministerstwie Zdrowia twierdzą, że NFZ chętnie zakontraktowałby więcej procedur medycznych w renomowanym Instytucie Matki i Dziecka, do którego pacjentom bardzo trudno się dostać. Kłopot w tym, że nie zależy na tym samemu Instytutowi, który nie wykonuje nawet obecnych kontraktów. Zarabia bowiem nie na leczeniu, ale na rekomendacjach. Czyli na tym, żeby producenci różnych wyrobów dla dzieci mogli napisać na opakowaniu albo pochwalić się w reklamie telewizyjnej, że „danonki polecane są przez Instytut Matki i Dziecka”. Ile muszą za to zapłacić? – Umowy negocjowane są indywidualnie, zależą m.in. od tego, czy firma jest duża, czy mała – mówi pracownik IMiD. Producentom bardzo zależy na rekomendacjach, dla nich podparcie się marką Instytutu także przekłada się na pieniądze. Biznes robią obie strony, a chorzy nie mają o tym pojęcia.

Narzekamy, że polska nauka tak rzadko współpracuje z przemysłem, chyba jednak nie o taką współpracę powinno chodzić. Mali pacjenci, którzy z braku miejsc nie mają szans leczyć się w renomowanej publicznej placówce medycznej, nawet nie wiedzą, że powoli przestają być racją jej istnienia.

Eksperci akwizytorzy

Od kilku lat w polskich mediach pojawiają się eksperckie teksty znanych ekonomistów, ale do tytułu naukowego autora dodaje się nazwę jednej z kilku globalnych firm konsultingowych. Teksty są ciekawe, a merytoryczną wiedzą ich autorzy biją na głowę dziennikarzy. I można by się było tylko cieszyć, gdyby nie to logo. Dla czytelnika o wiarygodności eksperta świadczy jego tytuł naukowy i, ewentualnie, nazwa uczelni, w której prowadzi badania. Ale to nie publiczna uczelnia pojawia się w podpisie, tylko prywatny pracodawca. Intrygujące. – To eksperci akwizytorzy – stwierdza osoba z kręgów rządowych, która woli nie ujawniać swojego nazwiska.

– Rola partnera w firmie konsultingowej jest ściśle określona – uzasadnia swoją opinię mój rozmówca. – Ma zdobyć dla swojej firmy klientów, którzy sporo zapłacą za jej usługi, wiadomo, że doradztwo „wielkiej czwórki” słono kosztuje. Jeśli partner nie zdobywa klientów, przestaje być partnerem. Wielka aktywność medialna kilku znanych ekonomistów służy właśnie temu. Mój rozmówca ma dostęp do informacji, o których nie wie czytelnik. Nie jest więc do końca przekonany, że teksty pokazujące na przykład tragiczny stan polskiej nauki dyktowane są tylko obywatelską troską popularnego ekonomisty. – Po serii publikacji Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego zamówiło w firmie doradczej, w której ich autor jest partnerem, strategię rozwoju polskiej nauki. Wartość zlecenia wynosi kilka milionów złotych.

Znany ekonomista jest teraz współautorem wielu tekstów, domagających się od rządu radykalnych reform. – Zabiega o następne zlecenie? – złośliwie komentuje mój rozmówca.

Medialna obecność w charakterze eksperta może być warta dużych pieniędzy, więc warto o nią zabiegać. Słuchacze czy czytelnicy mają do ekspertów zaufanie, są pewni, że opinie, które wygłaszają, wynikają z głębokiej wiedzy i podyktowane są troską o interes wspólny, warto się nimi kierować. Czasem eksperci jeżdżą po bandzie i wtedy przestajemy im ufać. Jak temu, który uparcie zapewniał w gazetach, że mieszkania będą drożeć, kiedy ceny już leciały w dół. Pomylił się? Nie, jest prezesem wielkiej firmy deweloperskiej i po prostu zabiegał o jej interesy. Przedstawiano go jednak nie jako biznesmena, ale eksperta.

Czasem ekspert z roli akwizytora próbuje wyjść z twarzą. Medyczny autorytet przyjmuje zaproszenie do wygłoszenia referatu dla młodszych lekarzy na temat jakiegoś schorzenia i leczącego go leku. Stara się nawet nie wymieniać jego nazwy. Pieniądze za wykład płaci mu firma PR, która spotkanie zorganizowała, dopiero jej zleceniodawcą jest koncern farmaceutyczny. Rozwieszone reklamy nie pozostawiają jednak słuchaczom wątpliwości, o jaki lek chodzi.

Eksperci od reumatyzmu i zaburzeń snu biorący udział w społecznej kampanii „Szlachetne zdrowie” także nie czuli się akwizytorami. Wszelkie pozory zostały zachowane. Współorganizatorem kampanii były uniwersytety trzeciego wieku, których słuchacze często cierpią zarówno na reumatyzm, jak i kłopoty ze snem. Lekarze zaś wyjaśniali, jak można je łagodzić. Niemałe znaczenie ma w tej sprawie pościel, w której śpimy. Sponsorem społecznej kampanii była firma Lama Gold, handlująca wełnianą pościelą „rehabilitacyjną”, zaś uczestnicy uniwersytetów trzeciego wieku docelową grupą jej klientów. – W trakcie wykładów pościeli nie oferowaliśmy – zapewnia były organizator kampanii. Efekty w postaci wzrostu sprzedaży miały się pojawić później.

Eksperci chałturnicy

Granicę między akwizycją a chałturą przechodzi się płynnie i, wbrew pozorom, chałtura nie oznacza wcale mniejszych pieniędzy. Zdaniem prof. Andrzeja Sławińskiego, członka odchodzącej właśnie Rady Polityki Pieniężnej, największa chałtura ostatnich lat stała się przyczyną obecnego kryzysu finansowego. – Renomowane światowe agencje ratingowe, oceniające wiarygodność instrumentów finansowych, najwyższą ocenę (AAA) dały obligacjom CDO emitowanym przez instytucje parabankowe – przypomina prof. Sławiński. Po wybuchu kryzysu nazwano je toksycznymi papierami bez wartości. Światowe agencje ratingowe ich nie badały, zadowalając się zapewnieniami emitentów. A oni słono płacili im za ocenę. Chałturnicy wzięli zapłatę za swoją markę.

Chałturnikiem wszech czasów okazał się amerykański prof. Charles Nemeroff, który w latach 2000-2007 zarobił w ten sposób 2,7 mln dol., służąc kilku panom jednocześnie. Ten znany psychiatra był jednocześnie redaktorem naczelnym prestiżowych pism naukowych z tej dziedziny. Jako redaktor sam do siebie pisał listy, w których zamawiał artykuły na temat jednego z leków, produkowanych przez firmę, na której liście płac figurował. Za napisanie jednego artykułu brał 1,5 tys. dol., za zorganizowanie napisania artykułu – 3 tys. dol.

Wykrycie, kto za kim stoi, nie jest wcale łatwe. Przypadek prof. Nemeroffa nie powinien był się w ogóle zdarzyć, prawo nakazywało mu bowiem każdy zarobek powyżej 10 tys. dol. rocznie zgłosić władzom macierzystej uczelni. Zapomniał. Wpadł na skutek pogromu skorumpowanych naukowców, jaki zorganizował senator Charles Grassley.

Grupa innych chałturników, zwanych ghostwriters, wpadła niedawno w USA na skutek procesu. Wytoczyła go liczna grupa Amerykanek, które zachorowały m.in. na raka piersi i przyjmowały lek, o którym czytały wiele entuzjastycznych artykułów w pismach naukowych. Zażądały odszkodowania od ich autorów, będących przecież autorytetami w medycynie. Dlaczego nie wspomnieli o niebezpiecznych skutkach ubocznych? W sądzie eksperci przyznali, że podpisali swoim nazwiskiem teksty dostarczone im przez producentów leku. Sprzedali nazwisko.

Zachowania poszczególnych ekspertów czy nawet całych środowisk nie muszą wynikać z nieuczciwości. Pismom branżowym czy nawet naukowym linię redakcyjną coraz częściej dyktują reklamodawcy. Konia z rzędem temu, kto w takim periodyku znajdzie artykuł krytykujący żywicieli pisma. Minie trochę czasu, zanim czytelnicy zorientują się, czyj interes pismo naprawdę reprezentuje.

Skandale związane z działalnością ekspertów biorących pieniądze od kilku panów wybuchają na całym świecie – nasz kraj wydaje się oazą spokoju. Zdaniem etyka prof. Zbigniewa Szawarskiego jest to spokój złudny. Jest członkiem komisji bioetycznych, których zadaniem jest m.in. pilnowanie prawidłowości badań klinicznych. Tymczasem badacze ujawniają komisjom tylko to, co chcą, a najczęściej chcą niewiele. Wyniki badań są przecież własnością sponsora, niekorzystne dla leku informacje są utajniane. Zdarzają się przypadki, że jeden naukowiec prowadzi jednocześnie aż 64 badania, a w komisji zasiada członek lub szef zespołu badawczego. Typowy konflikt interesów.

Nie da się go uniknąć. Nie można mieć pretensji, że ktoś, kto zdobył ogromną wiedzę w danej dziedzinie, zamienia ją na pieniądze. – Ale trzeba, żeby robił to jawnie – twierdzi prof. Andrzej Górski. Jeśli ktoś lobbuje za wpisaniem jakiegoś specyfiku na listę refundacyjną, niech poda, ile zarobił w koncernie, który stanie się beneficjentem. Podobnie ktoś, kto w interesie przyszłych emerytów optuje za konkretnymi rozwiązaniami w drugim filarze, nie może ukrywać, że bierze, jako członek rady nadzorczej, pieniądze od PTE (powszechnego towarzystwa emerytalnego). Okazać się wtedy może, że przy nazwiskach niezależnych ekspertów pojawi się także długa lista pracodawców. Łatwo się będzie zorientować, czy mamy do czynienia z efektem sponsora.

Czasem jawność likwiduje konflikt interesów w zarodku. Łódzką filmówkę zelektryzowała wiadomość, że jej rektor, znany reżyser Robert Gliński, zaangażował się w tworzenie konkurencyjnej, prywatnej szkoły w Gdyni. Miał nawet obiecać przyszłym studentom praktyki w Łodzi. Od pełnomocnika rektora prof. Jerzego Woźniaka trudno dowiedzieć się, czy taka obietnica rzeczywiście została przez rektora złożona, ale pewne jest, że „na razie nic takiego się nie dzieje”. I o to właśnie chodzi.

Artykuł pochodzi z tygodnika POLITYKA

Read Full Post | Make a Comment ( None so far )

Blokowanie stron www niezgodne z konstytucją

Posted on 9 kwietnia 2010. Filed under: 1 | Tagi: , , |


Przedsiębiorcy będą mieli 6 godzin na zablokowanie dostępu do zakazanych treści. E-bizness zostanie ograniczony ze względu na ochronę zdrowia i moralność publiczną. Polskie przepisy antyhazardowe będą dotyczyć także zagranicznych stron internetowych.


Przy okazji zaostrzania przepisów antyhazardowych może zostać wprowadzona cenzura prewencyjna. Nad projektem nowelizującym ustawę o grach hazardowych i prawo telekomunikacyjne będzie dziś dyskutować Rada Ministrów. Projekt przygotowany w Ministerstwie Finansów i Ministerstwie Infrastruktury przewiduje utworzenie przez prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej Rejestru Stron i Usług Niedozwolonych. Policja, ABW, wywiad skarbowy i służba celna razem z prezesem UKE będą w sposób dość arbitralny decydować o uniemożliwieniu dostępu polskim użytkownikom internetu do stron określonego rodzaju – ostrzega Marek Szydłowski, radca prawny z kancelarii Wardyński i Wspólnicy.

Zakazane treści

Pierwszym rodzajem treści, do których dostęp będzie blokowany, są materiały pornograficzne z udziałem małoletnich i zwierząt.

– Utrudnienie dostępu do treści o charakterze pornograficznym jest konsekwencją penalizacji w kodeksie karnym tego typu zachowań – mówi Magdalena Kobos z Ministerstwa Finansów.

Będą także blokowane strony zawierające treści umożliwiające uzyskanie informacji mogących służyć do dokonania operacji finansowych bez zgody dysponenta środków finansowych. Trzecim rodzajem niepożądanych treści są treści umożliwiające urządzanie gier hazardowych bez udzielonego zezwolenia.

– Utrudnienie dostępu do wymiany takich informacji będzie miało charakter działania prewencyjnego – zaznacza Magdalena Kobos.

Sąd cenzorem

O wpisie do Rejestru Stron i Usług Niedozwolonych będzie decydował Sąd Okręgowy w Warszawie, wydając postanowienie.

– Z wnioskiem o wpisanie do tego rejestru zakazanych adresów elektronicznych będą występowały Policja, Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, wywiad skarbowy i Służba Celna – mówi Magdalena Kobos.

Wniosek ten będzie można złożyć, jeśli inne środki okazały się nieskuteczne albo zachodzi wysokie prawdopodobieństwo, że będą nieskuteczne lub nieprzydatne. Przedsiębiorca telekomunikacyjny będzie musiał zablokować wpisaną do rejestru stronę w ciągu sześciu godzin od chwili otrzymania zawiadomienia o wpisie.

– Cały mechanizm ścigania podejrzanego podmiotu i wykonania kary w postaci blokady będzie więc wykonany prywatnymi rękami i za prywatne pieniądze przedsiębiorców telekomunikacyjnych – mówi Bartosz Kępiński, radca prawny z kancelarii Kępiński, Jucewicz.

-Zadania państwowe powinny być wykonywane na koszt państwa – komentuje Piotr Dziubak, rzecznik prasowy Urzędu Komunikacji Elektronicznej.

Od postanowienia sądu o zamieszczeniu w rejestrze będzie można się odwołać.

– Odwołanie właściciela strony będzie rozpatrywane przez sąd, gdy dostęp do strony będzie już zablokowany. Tego rodzaju tryb postępowania nie ma miejsca ani w przypadku innych mediów elektronicznych, ani w przypadku prasy – komentuje Marek Szydłowski.

Cenzura prewencyjna

Zdaniem prawników utworzenie rejestru może zostać zakwestionowane przez Trybunał Konstytucyjny.

– Blokowanie dostępu do adresu URL oznacza, że blokowany jest dostęp do wszelkich treści, jakie są lub mogłyby być opublikowane na tej stronie. To może być uznane za cenzurę prewencyjną – zaznacza Marek Szydłowski.

Konstytucja zapewnia wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji. Co więcej, art. 54 konstytucji stanowi wyraźnie, że cenzura prewencyjna środków społecznego przekazu oraz koncesjonowanie prasy są zakazane.

– Kodeks karny nie odnosi się na przykład do pornografii z udziałem zwierząt. W tym wypadku byłoby to rozszerzenie sankcji na sfery dotąd nią nieobjęte – mówi prof. Marek Chmaj, konstytucjonalista z kancelarii radcowskiej Chmaj i Wspolnicy.

Utworzenie rejestru będzie kosztowało 5 mln zł. Jego skuteczność budzi wątpliwości.

– Taki rejestr miałby znaczenie tylko dla stron na polskich serwerach. Nie dotyczyłby stron zamieszczonych na serwerach poza granicami naszego kraju – zauważa prof. Marek Chmaj.

Ograniczone usługi

W projekcie proponuje się także zmiany dotyczące świadczenia usług drogą elektroniczną. Przewiduje on, że swoboda świadczenia usług może zostać ograniczona, jeżeli jest to niezbędne ze względu na ochronę zdrowia i moralności publicznej, obronność, porządek publiczny lub bezpieczeństwo państwa.

– Wprowadzenie tego rodzaju klauzul generalnych jako podstawy ograniczania swobody przepływu treści i usług w sieci rodzić może uzasadnione obawy – uważa Włodzimierz Głowacki, radca prawny z kancelarii Włodzimierz Głowacki i Wspólnicy.

Ciekawe rozwiązanie dotyczy gier hazardowych. Wszystkie gry świadczone za pośrednictwem internetu będą podlegać prawu polskiemu. Wystarczy, że uczestnik będzie grał na terytorium Polski. Siedziba usługodawcy nie ma znaczenia.

– Prawu polskiemu podlegają strony internetowe będące w dowolnym języku – komentuje Piotr Jaworski, ekspert prawnogospodarczy Krajowej Izby Gospodarczej.

Polskie organy będą mogły zatem ścigać wszystkich zagranicznych usługodawców, którzy nie mają polskiego zezwolenia na działalnośc hazardową.

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna
Artykuł z dnia: 2010-01-19, ostatnia aktualizacja: 2010-01-19 14:40

Read Full Post | Make a Comment ( None so far )

SN o odbywaniu kary: skazany także ma prawo do własnej godności

Posted on 9 kwietnia 2010. Filed under: SN | Tagi: , , |


Zwiększenie zagęszczenia w celi o kilkadziesiąt procent w stosunku do normy ustawowej jest działaniem, które potęguje dodatkowe cierpienia związane z odbywaniem kary więzienia, co narusza dobra osobiste skazanego.

Sąd Najwyższy uwzględnił wczoraj kasację skazanego, uznając, że nadmierne zagęszczenie w celi narusza jego dobra osobiste, a zwłaszcza jego godność i prawo do intymności. Wyrok ten może wywołać lawinę pozwów skazanych, którzy odbywają kary w celach, gdzie na jednego więźnia przypada mniej niż ustawowo gwarantowane 3 metry kwadratowe.

Bogdan W. pozwał zakład karny o 150 tys. zł zadośćuczynienia za naruszenie dóbr osobistych. Twierdził, że cela, w której odbywa karę pozbawienia wolności, jest przeludniona i niedostatecznie wyposażona, czym naruszona została jego godność i prawo do intymności.

Dopuszczalne dolegliwości

Sąd I instancji oddalił powództwo. Ustalił, że powód przebywał w celi o powierzchni ok. 33 mkw., przeznaczonej dla 11 osób, ale w różnych okresach było w niej 15, a nawet 16 skazanych. Każdy miał swoje łóżko, szafkę, były dwa telewizory, a kącik sanitarny oddzielony był ściankami metr na metr i zamykany drzwiami. Sąd uznał takie warunki za wystarczające. Przeludnienie wiązało się z okresowym przeludnieniem w całym zakładzie. Jednak za każdym razem, gdy przewidziana przepisami norma 3 mkw. przypadająca na jednego skazanego miała być zmniejszona, zgodę wydawał sąd penitencjarny. Powód nie skarżył się wcześniej na warunki, odmówił nawet przeniesienie do zakładu półwolnościowego. Ponieważ przeludnienie miało charakter przejściowy, na odstępstwo od normy pozwalał art. 248 par. 1 kodeksu karnego wykonawczego (od 6 grudnia 2009 r. już nie obowiązuje, gdyż Trybunał Konstytucyjny stwierdził jego niezgodność z konstytucją), więc należało go zastosować. Obniżenie zaś normy o 30 proc. nie było – zdaniem sądu – nadmierne.

Apelację oddalono

Powód odwołał się, ale sąd II instancji oddalił apelację. Dodał, że przesłanką naruszenia dóbr osobistych jest bezprawność działania. Wobec tego pozwany zakład karny musiał wykazać, że działał zgodnie z prawem, i to zrobił. Warunki w celi odbiegały od przyjętych norm, ale dolegliwości, na które powołuje się skazany, są normalnym następstwem odbywania kary pozbawienia wolności. Sąd odwoławczy doszedł do wniosku, że dobra osobiste skazanego nie zostały naruszone. Od tego wyroku Bogdan W. wniósł skargę kasacyjną. Sąd Najwyższy podzielił argumenty skazanego. Uchylił wyrok i przekazał sprawę do ponownego rozpoznania sądowi apelacyjnemu.

Prawa skazanych

W ustnym uzasadnieniu stwierdził, że obniżenie normy powierzchni o 30 proc. to stanowczo za dużo. Artykuł 248 kodeksu karnego wykonawczego dopuszczał odstępstwa tylko w szczególnie uzasadnionych wypadkach, np. potrzeby przetransportowania więcej skazanych, na co się sąd w ogóle nie powołał, i na czas określony, co również umknęło uwadze sądu. Oddzielenie kącika sanitarnego ściankami to za mało, by uznać, że zachowane zostało prawo do intymności skazanego. Te okoliczności sprawy nie mogą być uznane za działania niepowodujące dodatkowych, wzmożonych cierpień związanych z odbywaniem kary – podkreślił Sąd Najwyższy.

Sygn. akt II CSK 486/09

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna
Artykuł z dnia: 2010-03-18

Read Full Post | Make a Comment ( None so far )

Grecka tragedia – czyli totalna kontrola finansowa obywateli…. Tajny plan Unii i bankierów czy dojdzie do zaczipowania ludzi?

Posted on 9 kwietnia 2010. Filed under: 1 | Tagi: , , |


Niestety stało się to, o czym niektórzy jakiś czas temu przebąkiwali a inni po prostu pukali się w czoło bądź wyśmiewali tych którzy o tym głośno mówili.

Od 1 Stycznia 2011 Obywatele Grecki zostaną poddani Totalnej Kontroli Finansowej. Od początku 2011 wszystkie płatności w gotowce powyżej 1.500 euro będą przestępstwem a każda transakcja powyżej tej kwoty będzie mogła być dokonana tylko kartą kredytową bądź przelewem z konta bankowego.

I nie są to jakieś teorie spiskowe ale fakty. Decyzje zostały juz podjęte w lutym tego roku przez greckiego ministra finansów George Papaconstantinou.

Grecja została na życzenie Komisji Europejskiej potraktowana jako, „królik doświadczalny” a Bruksela chce na przykładzie Grecji sprawdzić jak zareagują obywatele Grecji na nowe przepisy. I bynajmniej na Grecji się nie skończy gdyż już w kolejce stoją Hiszpania, Portugalia i Holandia.
Przepisy te w drastyczny sposób ograniczą obieg pieniądza w Grecji a wygląda na to ze końcowym efekcie, w bliżej nieokreślonej przyszłości pieniądze jako takie całkowicie znikną z rynku. To znaczy, że płatność gotówką będzie całkowicie zabroniona.

Niestety to nie koniec „atrakcji” jakie Komisja Europejska zafunduje Grecji. Dodatkowo od 01.01.2010 Grecy muszą dla urzędów skarbowych przechowywać wszystkie rachunki ze swoich wydatków i muszą one obejmować co najmniej 30 % rocznych dochodów. Muszą to być rachunki z indywidualnym numerem podatkowym (nadanym przez Urząd Skarbowy), w przeciwnym razie na delikwenta zostanie nałożony karny podatek w wysokości 10 %.

Oprócz tego wszyscy Grecy oraz wszyscy przedsiębiorcy z tego kraju muszą posiadać własne konta a wszelkie transakcje będą zapisane i ewidencjonowane przez odpowiednie urzędy.

Podobnie z rachunkami na „papierze” powyżej 3000 euro. Nie będą one uznawane, jeżeli nie będą certyfikowane i zapisane w formie elektronicznej.

Takie przepisy będą prawdziwa udręką dla przeciętnego Greka a unijni urzędnicy będą mieli totalną kontrolę nad naszymi finansami, bo po wprowadzeniu pieniędzy wirtualnych, będą wiedzieli co, gdzie, kiedy i ile kupiliśmy. Będą to wiedzieli na podstawie analizy transakcji z naszego konta. Praktycznie będą mieli totalny wgląd w nasze prywatne życie.

I to chyba jeszcze nie koniec atrakcji jakie w zanadrzu mają eurokołchoźnicy …. Kiedy nasza kolej?

Źródła: KOPP Verlag , KonserVat

Read Full Post | Make a Comment ( None so far )

„Dziennikarzy można ukarać tylko za oszczerstwa”

Posted on 9 kwietnia 2010. Filed under: Cenzura, chora polska, Chęć zysku w TVN, Korupcja, Oszustwa mediów, z chęci zysku, zakłamane media, Zero prawdy | Tagi: , , , |


Rozmawiamy z JERZYM NAUMANNEM – Czy dziennikarz powinien ponosić odpowiedzialność karną za ujawnienie informacji ze śledztwa?

Przepisy prawa  karnego są w tej sprawie jednoznaczne i odpowiadają na to pytanie twierdząco. Jednak prawo nie uwzględnia, moim zdaniem, rozmaitych komplikacji, które przynosi życie. Prokuratorzy zwykle rozpatrują rzecz czysto formalnie, pomijając aspekt społeczny, który niejednokrotnie przemawia silniej za ujawnieniem informacji niż interesy wąsko pojętego śledztwa. Co więcej, śledztwa toczą się za długo. Dotyczy to także spraw dziennikarskich.

Czy odpowiedzialność nie powinna spoczywać na osobie, która podała informacje dziennikarzowi?

Taka zasada obowiązuje w modelu brytyjskim. Ale proszę pamiętać, że w Świętej Anglii faktycznie funkcjonuje etyka dziennikarska. W ważnych sprawach państwowych interes wydawcy schodzi na dalszy plan i materiał nie ukazuje się. W ocenie redaktora naczelnego może on zagrażać istotnym interesom Korony. Pierwszą powinnością dziennikarza jest bowiem martwić się o ważkie interesy państwa, a dopiero w dalszej – o interesy swojego wydawcy. Niestety, polscy wydawcy, a także redaktorzy naczelni, ten podstawowy obowiązek lekceważą.

W pierwszej kolejności odpowiedzialność za rozpowszechnianie materiałów ze śledztwa powinien ponosić ten, który je ujawnił. Odpowiedzialność dziennikarza musi być zawsze oceniana ad casu, a więc w ścisłym kontekście konkretnego przypadku. Praktyka w tym zakresie dostarcza wielu przypadków, które uzasadniać mogą postawienie dziennikarza w stan oskarżenia. Bywa też i inaczej. Nie ma jednej reguły – wszystko zależy od okoliczności konkretnej sprawy.

Czy odpowiedzialność karna dziennikarzy powinna w ogóle być dopuszczalna? W innych krajach należy ona do rzadkości.

Tak, powinna być dopuszczalna. Jednak wyłącznie w zakresie oszczerstwa, które jest wyjątkowo paskudnym przestępstwem. Dziennikarz ma bezpośredni dostęp do platformy komunikacji zbiorowej, którą może wykorzystywać w rozmaitych celach. Nie można wykluczyć, że dziennikarz może świadomie i z premedytacją skupić się na wykańczaniu tego, kogo uważa za osobistego wroga, względnie tego, kogo mu wskaże redakcja. To u nas powszechna praktyka.

Czy dziennikarze rzeczywiście stanowią czwartą władzę?

Pozycja mediów z naszym kraju oraz ich faktyczny wpływ na bieg spraw państwowych, społecznych i obyczajowych graniczy z aberracją. Tylko media działają sprawnie i natychmiastowo. Wszelkie inne władze grzęzną w okowach procedur oraz wymagań narzucanych przez prawo.

W Polsce prasa jest władzą nie czwartą, lecz – pierwszą, a pozostałe trzy nie mogą (lub nie chcą) przyjąć tego do wiadomości.

* Jerzy Naumann

adwokat, prezes Wyższego Sądu Dyscyplinarnego Naczelnej Rady Adwokackiej

Read Full Post | Make a Comment ( None so far )

Targi o przetargi

Posted on 9 kwietnia 2010. Filed under: z chęci zysku | Tagi: , , |


Pod okiem Urzędu Zamówień Publicznych wszystkie państwowe zakupy, od spinacza po budowę autostrady, odbywać się mają przejrzyście. Dlaczego więc po prawie każdym większym przetargu wybucha skandal?

Zamówienia publiczne to potężny rynek. W 2007 r. (nie ma jeszcze danych za ub.r.) prawie 12 tys. zamawiających przeprowadziło 102 tys. przetargów o łącznej wartości ponad 103 mld zł. Umowy spisano z ponad 50 tys. wykonawców.

Transakcje na tym rynku reguluje ustawa Prawo zamówień publicznych (PZP). Jej pierwszą wersję uchwalono w czerwcu 1994 r. W PRL obowiązywało prawo, które dopuszczało do rynku zamówień publicznych niemal wyłącznie firmy państwowe, ale od 1983 r. przestało ono obowiązywać i przez następną dekadę na rynku panowały reguły wolnej amerykanki.

Ustawę z 1994 r., która miała wreszcie wprowadzić ład i przejrzystość, do dzisiaj wielokrotnie nowelizowano, ale nadal pozostaje niedoskonała, o czym świadczą liczne protesty uczestniczących w przetargach. PZP określa, że zamówienia publiczne dotyczą jednostek państwowych, samorządowych i innych (o ile składane przez nie zamówienia finansowane są przynajmniej w połowie ze środków publicznych). Wykonawcami, czyli oferentami stającymi do przetargów, mogą być zarówno osoby prawne jak i fizyczne, pod warunkiem, że posiadają uprawnienia do wykonywania określonej działalności, a także, co brzmi już mniej precyzyjnie, „posiadają niezbędną wiedzę i doświadczenie oraz dysponują potencjałem technicznym i znajdują się w sytuacji finansowej zapewniającej wykonanie zamówienia”. Ustawa obejmuje wszystkie transakcje o wartości powyżej 14 tys. euro.

Fragment A2 Stryków-Konin. Najwięcej odwołań i opóźnień zdarza się przy budowie autostrad. Fot. smuzew, Flickr (CC by SA)

Nad prawidłowością przeprowadzanych przetargów czuwa Urząd Zamówień Publicznych (UZP). Utworzono go w 1995 r. Ma sprawdzać zgodność procedury przetargowej z ustawą oraz pilnować, aby nie łamano zasad wolnej konkurencji. Od 2007 r. przy prezesie UZP działa składająca się z 21 członków Krajowa Izba Odwoławcza (KIO) rozpatrująca odwołania uczestników przetargów. Wcześniej należało to do obowiązków prezesa.

System skonstruowano pozornie dość klarownie, ale ponieważ diabeł tkwi w szczegółach, firmy stające do przetargów często zatrudniają specjalistów-doradców, bo same gubią się w gąszczu przepisów. Zamówień publicznych można dokonywać na dziewięć sposobów. Organizuje się przetargi nieograniczone, ograniczone (skierowane do zaproszonych wykonawców), stosuje się dialog konkurencyjny (po rozmowach z wytypowanymi wykonawcami, wybranych zachęca się do składania ofert), prowadzi negocjacje z ogłoszeniem i bez ogłoszenia, zamawia się z tzw. wolnej ręki (negocjacje tylko z jednym wykonawcą), dokonuje się zapytania o cenę, można licytować elektronicznie, a wreszcie zaprasza się firmy do udziału w konkursie. Najczęściej korzysta się z przetargu nieograniczonego (74,6 proc. w 2007 r.). To dobrze, bo taka formuła najlepiej sprzyja wolnej konkurencji. Ale składanie zamówień z wolnej ręki to 17,5 proc. ogólnej liczby, czyli źle, bo ten rodzaj transakcji najbardziej sprzyja korupcji.

Stającym do przetargów przysługuje wnoszenie protestów do organizatorów przetargu, a po ich odrzuceniu składanie odwołań do KIO (w 2007 r. złożono ich 1582). Potem pozostaje już tylko droga sądowa. Liczba odwołań maleje. Według ekspertów z UZP to dowód, że procedury są coraz czystsze, ale uczestnicy rynku zamówień publicznych stawiają inną diagnozę. Małe podmioty obawiają się, że składanie odwołań zamknie im drogę do skutecznego udziału w kolejnych przetargach. Walczą giganci, bo ich na to stać. Ta walka dotyczy potężnych, idących w dziesiątki i setki milionów złotych, zamówień i czasem powoduje wstrzymanie na lata niezbędnych inwestycji. W Warszawie takim przykładem zamówienia publicznego był słynny most Północny. Kolejne przetargi unieważniano i realna stała się wizja stolicy bez tego mostu. Niedawno rozstrzygnięto następny przetarg, ale przegrani wcale nie złożyli broni, być może znów trzeba będzie procedurę powtórzyć.

Skargi, protesty, odwołania i wnioski o unieważnienie (najczęściej dotyczące usług budowlanych, autostrad i rynku medycznego) to z jednej strony zagrywki czysto taktyczne, powodujące przeciąganie się procedury, ale też świadectwo, że za kulisami przetargu nie wszystko było transparentne i zgodne z prawem. Bo tak naprawdę każdy przetarg można ustawić, aby wygrał nie lepszy, ale sprytniejszy. Nie obcy, ale swój. Nie ten, kto wykona lepiej, ale ten, który da więcej.

Metoda na szwagra

Wójt podwarszawskiej gminy: – Remontujemy gminną drogę. Mój szwagier ma firmę budowlaną, dwie koparki, ciężarówkę i pracowników z łopatami. Błagałem go, odpuść ten przetarg, bo jak wygrasz, to mnie zjedzą. Nie posłuchał.

Szwagier, tak się złożyło, wygrał i zlecono mu roboty drogowe. Wójt już na trzeciej kolejnej sesji rady posypuje głowę popiołem. Jest podejrzewany o ustawienie przetargu pod szwagra. Jedynym kryterium była cena, kto zrobi taniej, ten wygra. Oferta szwagra faktycznie była najtańsza, ale – nikt w gminie nie ma co do tego wątpliwości – nierealna. – Będą aneksy, gmina zapłaci znacznie więcej niż przewidywano – twierdzi przewodniczący gminnej rady. Jak uczy doświadczenie, zapewne ma rację.

Przetarg pod szwagra to specyfika zamówień publicznych dokonywanych przez samorządy w małych miejscowościach. „Szwagier”, rzecz jasna, to figura retoryczna, może nim być każda zaprzyjaźniona z władzami gminy czy powiatu firma. Nawet taka, która zostaje założona specjalnie pod określone przedsięwzięcie.

Im większy inwestor, tym bardziej wyrafinowane metody ustawiania przetargów. Czasem przetarg ustawia się pod firmę, do której ma się pełne zaufanie, że zdąży na czas i nie wyprodukuje fuszerki. Ale jakiekolwiek by były motywy, łamane są normy prawa zamówień i reguły wolnej konkurencji.

Metoda na cenę

Andrzej Gólcz, właściciel firmy Biogradex z Elbląga, od lat uczestniczy w przetargach na projektowanie i budowę oczyszczalni ścieków. Jest autorem patentu, tzw. próżniowego odgazowania ścieków. Produkuje urządzenia, które intensyfikują proces oczyszczania mniej więcej dwukrotnie i o tyle samo obniżają koszty budowy i eksploatacji.

Oczyszczalnie według jego pomysłu działają w trzydziestu miejscowościach, największa w Gorzowie, ale w przetargach organizowanych przez duże miasta Biogradex regularnie przegrywał z ofertami konkurentów. Jak to często w przypadku polskich wynalazców bywa, niedoceniana w kraju metoda inż. Gólcza znalazła uznanie za granicą. Jego wieże próżniowe stoją już w Finlandii i Estonii, zainteresowana jest Rosja, Kanada, Francja i Niemcy. W Pekinie modernizowana oczyszczalnia wielkości warszawskiej Czajki, zamiast dwukrotnie powiększać swój areał i budować kosztowne zbiorniki i osadniki, zdecydowała się na metodę próżniową.

Oczyszczalnia w Pekinie wykorzysta technologię polskiej firmy Biogradex. U nas ta oferta była za tania. Fot. materiały prasowe

Z organizowanych w Polsce przetargów wycofał się, kiedy przegrał w Gnieźnie. Zamawiający w specyfikacji przetargowej narzucił koncepcję rozbudowy już istniejącej oczyszczalni. Na podstawie naukowego opracowania podał parametry, jakie miała spełniać modernizacja. – To wykluczało moją metodę, ale i tak zrobiłem im projekt według naszej technologii. Nie trzeba było nic dobudowywać. Oni chcieli oczyszczalni za 45 mln zł, a moja kosztowałaby 15 mln. Ofertę Gólcza odrzucono.

Przetargowi na modernizację warszawskiej oczyszczalni Czajka przyglądał się już tylko jako kibic. Wygrało konsorcjum, które oszacowało koszty rozbudowy na ok. 2 mld zł. Inż. Gólcz poinformował organizatora przetargu, że jego koncepcja byłaby o połowę tańsza. Zaproponował, że za darmo postawi w Czajce swoje wieże, niech sprawdzą w praktyce, jak to działa. Wciąż czeka na odpowiedź. – Z tą Czajką jest ciekawa sprawa – mówi. – Wrocław też prowadził przetarg na modernizację swojej oczyszczalni, dla populacji o połowę mniejszej niż warszawska. Wygrała oferta bardzo podobna do planowanej rozbudowy Czajki, więc koszt inwestycji powinien oscylować wokół miliarda złotych, tymczasem był trzykrotnie niższy.

Z ostrożności procesowej Andrzej Gólcz nie formułuje wprost żadnych oskarżeń, ale przykłady dziwnych rozstrzygnięć, jakimi sypie jak z rękawa, są wymowne. W przetargach na projekty oczyszczalni liczy się przede wszystkim niska cena projektu, ale już nie inwestycji, jaka na tej podstawie ma być zbudowana. Zamawiającego nie interesuje, czy eksploatacja będzie tańsza czy droższa, czy trzeba będzie zatrudniać więcej osób, czy mniej. – A prawidłowość jest taka, że im tańszy projekt, tym potem większe koszty eksploatacyjne – mówi Gólcz.

Według danych UZP, w 2007 r. w ponad 95 proc. przetargów decydującym kryterium była cena.

Metoda na wydrę

Czasem jednak, co za paradoks, wygrywa oferta droższa. Historia przetargu na sprzęt medyczny dla Akademickiego Szpitala Klinicznego Akademii Medycznej we Wrocławiu obnażyła kompletną bezradność Urzędu Zamówień Publicznych. W kwietniu 2007 r. ogłoszono przetarg na sprzęt anestezjologiczny. Wygrała oferta firmy Promed reprezentującej amerykańskiego producenta. Ale pokonany niemiecki koncern Dräger zaskarżył wyniki konkursu. Twierdził, że parametry sprzętu były zbliżone. Oferta Drägera kosztowała niecałe 7 mln zł, Amerykanie za pośrednictwem Promedu żądali ok. 11 mln zł. Prasa donosiła, że wrocławski szpital to jedna z najbardziej zadłużonych placówek medycznych w kraju, tym bardziej dziwił wybór komisji przetargowej.

Prezes polskiego oddziału Drägera już przed rozstrzygnięciem ostrzegał, że boi się, iż przetarg jest ustawiony. Szefowa Promedu zaś na łamach prasy ripostowała: „To niemoralne składać ofertę, która nie spełnia wymaganych parametrów, a potem blokować normalne działania szpitala przez rok”.

Wdrożono postępowanie arbitrażowe, a prezes UZP zarządził kontrolę. Do sierpnia 2008 r. wydano aż sześć decyzji unieważniających przetarg. Firma Dräger złożyła doniesienie do prokuratury o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Ale Promed, w trakcie toczących się postępowań, zainstalował swój sprzęt, a szpital zapłacił. Transakcję zakończono, mimo że według prawa zamówień póki trwa kontrola UZP i postępowanie arbitrażowe, przetarg pozostaje nierozstrzygnięty i umowy nie można realizować.

Co sprzyja korupcji przetargowej

1. Konflikt interesów – gdy urzędnik może mieć osobisty interes przy
rozstrzyganiu sprawy
2. Nadmiar kompetencji
w ręku jednego urzędnika
3. Dowolność w podejmowaniu decyzji
4. Lekceważenie dokumentacji i sprawozdawczości
5. Słabość kontroli wewnętrznej
6. Nierówność w dostępie do informacji
7. Brak odpowiedzialności osobistej
8. Nieprawidłowości w sposobie stanowienia prawa, a zwłaszcza pomijanie trybu opiniowania lub uzgodnień międzyresortowych
9. Nadmierne korzystanie z usług zewnętrznych i pośrednictwa
10. Brak specjalnych rozwiązań antykorupcyjnych
11. Uchylanie się przed kontrolą państwową

Na podstawie sprawozdania NIK

Taki sposób określa się „na wydrę”. Trzeba działać szybko i postawić innych wobec faktów dokonanych. Szpital i Promed powołały się na wcześniejszy i dotyczący innej sprawy werdykt Sądu Najwyższego, wedle którego jeśli umowę wykonano, to należy umorzyć toczące się postępowania. Rzecz w tym, że wyrok ten dotyczył w gruncie rzeczy pieniactwa przegranych w przetargach, którzy w nieskończoność próbują blokować inwestycje. W tym jednak przypadku toczył się istotny, a nie wyimaginowany spór.

UZP usankcjonował jednak wykonanie umowy szpitala z Promedem. Arbitraże zamknięto, kontrolę przerwano. W związku z tym także prokuratura umorzyła swoje postępowanie.

– To był wyraźny sygnał dla wszystkich działających na tym rynku – mówi przedstawiciel innej firmy produkującej sprzęt medyczny – że można tworzyć fakty dokonane, czerpać z tego korzyści, a UZP to instytucja fasadowa.

Metoda istotnych warunków

Prawem zamawiającego jest stworzenie SIWZ (specyfikacja istotnych warunków zamówienia). Tam określone są parametry, jakie należy spełnić. I właśnie SIWZ budzi najwięcej wątpliwości, bo wśród istotnych warunków łatwo umieścić też wcale nieistotne, ale tak zawężające grono oferentów, że zawsze wygra ten, który miał wygrać.

Jeszcze niedawno zdarzało się, że zamawiający określał w SIWZ nawet kolor papieru, na jakim projekt miał wpłynąć. – Wszelkie skargi do UZP na nadużywanie tych rzekomo istotnych warunków odrzucano, bo według prezesa Urzędu, skoro zamawiający stawia według siebie istotne warunki, to one są istotne – mówi Andrzej Gólcz.

Podczas przetargu na wykonanie mostu autostradowego we Wrocławiu w specyfikacji istotnych warunków zapisano masę nieistotnych szczegółów. Wygrała jedna z ofert i natychmiast została zaskarżona przez konkurenta, który czujnie wychwycił, że zwycięski kosztorys był droższy o 47 zł (sic!), niż wynikało z wymogów specyfikacji. Skargę uznano za zasadną, bo według ustawy należy odrzucić ofertę zawierającą błąd w podliczeniu ceny. Umowę na budowę mostu zawarto więc nie z pierwotnym zwycięzcą przetargu, ale z drugim w kolejności, którego oferta była droższa, bagatela, o ok. 124 mln zł!

Od kilku lat nie można rozstrzygnąć przetargów na operatorów kilku odcinków autostrad, bo stworzone przez Generalną Dyrekcję Dróg Krajowych i Autostrad specyfikacje są tak niejasne, że uniemożliwiają prawidłowy przebieg konkursu ofert, za to ułatwiają niekończące się odwołania. Stający do przetargu zasypują więc GDDKiA pytaniami, ale odpowiedzi uzyskują nieprecyzyjne, zadają kolejne pytania i przetargów nie można doprowadzić do końca. Skutek: opóźnienia w budowie dróg i autostrad. Czasem z tego bałaganu kierowcy mają nieoczekiwane korzyści: oto, z powodu braku operatora kierowcy nie płacą za przejazd ze Strykowa do Konina i z Wrocławia do Katowic. Ale to tylko pozorna korzyść, za utrzymanie tych odcinków płaci budżet państwa, a więc wszyscy podatnicy.

Metoda na Goliata

Polski paradoks zamówień publicznych polega na tym, że od inwestora nie wymaga się, by posiadał 100 proc. środków na inwestycję, ale od oferenta stającego do przetargu już tak. Mała firma, nawet posiadająca ogromne doświadczenie, wiedzę i kompetencje, nie ma szans startować w dużym przetargu sama – zwykle staje się podwykonawcą większych firm. Tak dzieje się najczęściej podczas przetargów na budowę dróg i autostrad. Przedsiębiorstwa zawiadujące drogami (GDDKiA oraz zarządy dróg publicznych) preferują firmy molochy.

– Żądają specjalnych referencji i wykazania gigantycznych przerobów wielokrotnie przewyższających zakres zadań, jakie mogliby nam zlecić – mówi Helena K. (prosi o anonimowość), właścicielka firmy budowlanej z powiatu elbląskiego. – Ostatnio w specyfikacji dotyczącej remontu 10 km drogi postawiono warunek, aby oferent wykazał, że w ciągu ostatnich czterech miesięcy wykonał przynajmniej trzy roboty drogowe o kosztorysach po 20 mln zł netto za każdą.

Przetarg na budowę węzła komunikacyjnego w Nowym Dworze Gdańskim wygrała potężna firma budowlana, ale wszystkie prace wykonali podwykonawcy, którzy wcześniej też startowali w przetargu, ale odpadli, bo nie spełnili wymogów.

– Składanie protestów nie ma sensu, bo UZP sprawdza tylko, czy wszystko odbyło się zgodnie z procedurą. Musiałabym mieć sztab ludzi i oprotestować prawie każdy przetarg, w którym uczestniczę, bo prawie każda SIWZ zawiera wymogi z księżyca. Kiedyś przez trzy kolejne lata skutecznie oprotestowywałam procedurę przetargową, w końcu powiedziano, że przeze mnie firma, która miała wykonać zamówienie splajtuje, więc zrezygnowałam – mówi Helena K. Ma świadomość, że na rynku usług budowlanych jest jak Dawid walczący z Goliatem i – wbrew biblijnej przypowieści – zawsze z Goliatem przegrywa.

Metoda na protest

Prawdziwe emocje towarzyszyły przetargowi na śmigłowce dla Lotniczego Pogotowia Ratunkowego (LPR). Do tego stopnia, że pod hasłem obrony polskich interesów zaangażował się sam ówczesny prezes Ligi Polskich Rodzin Roman Giertych i, jak poinformowały media, złożył doniesienie do CBA, że przetarg jest ustawiony.

EC-135, zwycięzca przetargu na śmigłowiec dla Pogotowia Lotniczego. Dostawy wstrzymało 15 rozpraw sądowych. Fot. shimgray, Flickr (CC by SA)

Przetarg ogłosiło w 2007 r. ówczesne kierownictwo resortu zdrowia, a nadzorował go wiceminister Jarosław Pinkas. Rywalizowały dwa potężne na rynku europejskim konsorcja: włosko-brytyjska AugustaWestland (i współpracujące z nią w Polsce zakłady lotnicze Świdnik) oraz niemiecko-francuski Eurocopter. Wygrała oferta Eurocoptera. Za 496 mln zł do LPR (pogotowia lotniczego, a nie partii) miały trafić 23 śmigłowce EC-135 i symulator lotów. Posypały się protesty. Przegrani nie chcieli pogodzić się z porażką, a wspierali ich nie tylko politycy w osobie Giertycha, ale także jeden z periodyków poświęconych lotnictwu. Potem, jak mówi dyrektor lotniczego pogotowia Robert Gałązkowski, wyszło szydło z worka, bo okazało się, że znane pismo branżowe walczy o AugustaWestland prawdopodobnie dlatego, że konsorcjum zamieszcza w nim serię swoich reklam.

Odbyło się kilkanaście posiedzeń zespołu arbitrów UZP, prezes tego urzędu osobiście nadzorował tzw. kontrolę uprzednią przetargu. Wreszcie po 15 rozprawach sądowych protesty odrzucono i podpisano umowę z Eurocopterem. Gdyby nie ta skomplikowana procedura, już dzisiaj wysłużone Mi-2 (jeden z nich niedawno spadł, zginęły dwie osoby) byłyby kolejno zastępowane przez nowoczesne EC-135. Z powodu opóźnienia pierwszy taki śmigłowiec trafi do Polski najwcześniej w sierpniu 2009 r., a całe zamówienie zostanie zrealizowane do połowy grudnia 2010 r.

Ofiarami awantury zostali przy okazji wiceminister Pinkas i ówczesny dyrektor pogotowia. Zarzucono im antydatowanie podpisów pod protokołem rozstrzygnięcia przetargu i złożono doniesienie do prokuratury. Tłumaczyli, że nie było żadnego fałszerstwa, w pracach komisji przetargowej uczestniczyli, a podpisy złożyli później, bo nie mogli brać udziału aż do końca posiedzenia komisji. Prokurator w końcu umorzył śledztwo uznając, że do przestępstwa nie doszło. Przekonały go niezbite dowody przedstawione przez podejrzanych. – Cała procedura przetargowa od początku do końca była przez nas nagrywana na nośnikach wizualnych i dźwiękowych – mówi dyr. Gałązkowski. – Po co? Strzeżonego Pan Bóg strzeże.

Metoda na doradcę

Na jednym z etapów postępowania odwoławczego firma AugustaWestland skorzystała z pomocy ekspertów z Grupy Sienna. To znana firma doradcza specjalizująca się m.in. w usługach dotyczących udziału w przetargach publicznych i w odwołaniach od niekorzystnych decyzji przetargowych. Grupa Sienna cieszy się opinią wyjątkowo skutecznej. Członkami zarządu są: były wiceprezes Urzędu Zamówień Publicznych (w latach 2002-2005) Włodzimierz Dzierżanowski i Małgorzata Stachowiak, była dyrektor departamentu analiz i kontroli UZP oraz byli pracownicy UZP Marta Grzebalska, Jarosław Świątek i Miłosz Bugiel. Na internetowej stronie Grupy Sienna można przeczytać, że jej celem jest „pomoc w odróżnianiu spraw ważnych od pilnych, proponowanie rozwiązań inteligentnych i niewymagających ponoszenia dużych kosztów, przekazywanie zdobytej wiedzy i umiejętności”.

Małgorzata Stachowiak nie dostrzega niczego złego w fakcie, że byli pracownicy UZP tworzą teraz firmę pomagającą w gruncie rzeczy wygrywać przetargi nadzorowane przez Urząd Zamówień Publicznych. – Dziennikarze fatalnie piszą o zamówieniach publicznych, doszukują się sensacji tam, gdzie ich nie ma – mówi. – Przetargi są rzadziej ustawiane, niż to się przedstawia w mediach.

A już zarzutu, że były wiceprezes UZP i jego również byli podwładni specjalizują się teraz w skutecznych odwołaniach od decyzji przetargowych, wydaje się nie rozumieć. – Tu w najmniejszym stopniu nie dochodzi do konfliktu interesów – mówi. – Czy jak ktoś pracował w administracji państwowej, to teraz jest już skazany na banicję? – pyta, prawie cytując Waldemara Pawlaka, gdy ten tłumaczył się z nepotyzmu. – My akurat znamy się na zamówieniach publicznych.

Rynek przetargowy, który według założeń miał być krystalicznie czysty, to wciąż jeszcze dżungla, w której obowiązuje po prostu prawo silniejszego (czyli tego z koneksjami, dobrym wejściem i umiejętnością załatwienia sprawy pod stołem). Ani UZP, ani CBA, ABW, policja i prokuratura nie potrafią dopilnować, aby przestrzegano podstawowej w kapitalizmie reguły wolnej i równej dla wszystkich gry konkurencyjnej.

Małgorzata Brennek, ekspert Instytutu Sobieskiego, twierdzi, że ustawa o zamówieniach publicznych wprowadza uznaniowość. –  To jedna z najczęściej nowelizowanych ustaw, a każda kolejna nowela dodatkowo ją komplikuje. Po co wprowadzać tak szczegółowe rozwiązania, skoro w efekcie powstają nieprecyzyjne przepisy? – pyta. Stający do przetargu ma problem ze zrozumieniem aktów prawnych, które na tym rynku obowiązują. To z kolei otwiera furtkę dla doradców i lobbystów.

Pilnie potrzebna jest kolejna nowelizacja prawa, ale tym razem maksymalnie upraszczająca system. Robert Gwiazdowski z Centrum im. Adama Smitha mówi, że w zasadzie jest już jedna ustawa dobra na wszystko: – Ma tylko dziesięć artykułów, to Dekalog. Nie da się wszystkiego uregulować. No chyba że przyjmujemy założenie, że wszyscy urzędnicy kradną. Ale takich ustawa nie powstrzyma. A szczególnie ta, bo wprowadza gąszcz zapisów, wśród których właśnie nieuczciwemu łatwo lawirować.

współpraca Agnieszka Oleszkiewicz, miesięcznik „Ekopartner”

Read Full Post | Make a Comment ( None so far )

Z winy polskich lekarzy co roku umiera od 7500 do 23 000 pacjentów!

Posted on 9 kwietnia 2010. Filed under: dr Enji, enji, Ewa Kopacz, polscy lekarze | Tagi: , , |


Adam Gabriel Pawłowski z W. zmarł kilka dni po urodzeniu, gdyż lekarze przeoczyli u niego poważną wadę serca. Ewie K. z Ł. odmówiono wykonania cesarskiego cięcia. Z powodu przenoszenia ciąży dziecko urodziło się z porażeniem mózgowym i padaczką. Adrian K. z D. zmarł, ponieważ po wypadku samochodowym, który spowodował odmę płucną, nie podano mu tlenu. Każdego roku od 7,5 tys. do 23 tys. osób umiera w Polsce na skutek błędów lekarskich – szacują naukowcy z Instytutu Zdrowia Publicznego Uniwersytetu Jagiellońskiego. Badania opinii publicznej dowodzą, że co czwarty Polak uważa się za ofiarę błędów i pomyłek lekarskich. Tymczasem winni śmierci pacjenta są skazywani najwyżej na rok, dwa lata więzienia, przeważnie w zawieszeniu. W ostatnich kilku latach żaden z nich nie został pozbawiony prawa wykonywania zawodu.

Polscy lekarze popełniają błędy między innymi dlatego, że są niedouczeni. Poziom ich przygotowania do zawodu wbrew opiniom głoszonym przez środowisko medyczne jest niski. – Połowa absolwentów akademii nie potrafi wykonać najprostszych czynności, na przykład odczytać zapisu EKG czy prawidłowo zbadać pacjenta, a olbrzymi problem stanowi dla nich podejmowanie decyzji w stanie zagrożenia życia pacjenta – przyznaje doświadczony profesor medycyny. – Tak naprawdę zaczynają się uczyć zawodu dopiero na stażu. Często odbywa się on jednak bez właściwego nadzoru ze strony doświadczonych kolegów. W konsekwencji koszty nauki lekarza ponosi – na własnej skórze – pacjent.
W 2000 r. Sąd Rejonowy w Gdańsku uznał anestezjologa Macieja D. winnym nieumyślnego spowodowania śmierci pięciolatka. Skazano go na rok więzienia w zawieszeniu na dwa lata. Sprawę rozpatrywał także Okręgowy Sąd Lekarski, który… udzielił mu nagany! Wobec lekarza nie orzeczono zakazu wykonywania zawodu, gdyż za okoliczność łagodzącą uznano fakt, że nie miał on jeszcze specjalizacji i pracował bez nadzoru, a aparat, którym się posługiwał przy znieczulaniu, był stary, dokonano w nim wielu przeróbek i „trzeba go było dobrze znać”!
Aspirujący do bycia lekarzem nie muszą w Polsce zdawać egzaminu dopuszczającego do wykonywania zawodu. Lekarze nie muszą też weryfikować uzyskanych stopni specjalizacji, otrzymują je więc w istocie dożywotnio. Nie wymaga się od nich żadnego dokształcania! Tymczasem w USA, Kanadzie i krajach zachodnioeuropejskich istnieje obowiązek odnawiania specjalizacji co kilka lat i permanentnego samokształcenia. Lekarze muszą uczestniczyć w zjazdach, kursach i szkoleniach, aby zebrać odpowiednią liczbę punktów. Jeżeli tego nie zrobią, wymaga się od nich (na przykład w USA) powtórnego zdawania egzaminu lekarskiego. Powstanie takiego systemu kontroli wymusił rynek. Lekarze, którzy nie poddają się ciągłej weryfikacji, tracą prawo do wykonywania zawodu.

Read Full Post | Make a Comment ( None so far )

Percy Schmeiser – laureat Alternatywnej Nagrody Nobla za kampanię anty-GMO ponownie w Polsce!!!

Posted on 9 kwietnia 2010. Filed under: sggw | Tagi: |


Ten wspaniały i niezwykle odważny rolnik (gospodarstwo 600 ha w Kanadzie), który podjął walkę z Monsanto, przedstawia fakty dotyczące zagrożenia GMO bazując na swoim własnym doświadczeniu.

Jego wykład z 2007: Międzynarodowy szczyt anty-GMO na Wawelu

!!!PROSIMY o udział i nagłośnienie poniższych spotkań z Percy Schmeiserem.

Szczególnie zapraszamy zwolenników GMO aby wysłuchali prawdy koronnego świadka.

SPOTKANIA:

  • 16 kwietnia 2010 r. w SGGW, Warszawa w godzinach 11:00 – 15:00 – budynek nr 32 (zielony), sala 068.*
  • 17 kwietnia o godz 11:00 w Przysieku na Walnym Zgromadzeniu Związku Zawodowego Rolników Ekologicznych św. Franciszka z Asyżu oraz tego samego dnia na Krajowym Zjeździe Izb Rolniczych

Percy był naszym gościem w 2007 w Stryszowie i w Krakowie na Międzynarodowym Szczycie anty-GMO na Wawelu – Geny nie są na sprzedaż! Tradycyjne i ekologiczne rolnictwo zamiast GMO!” Tym razem Percy Schmeiser przyjeżdża na zaproszenie Stowarzyszenia Forum Rolnictwa Ekologicznego im. Mieczysława Górnego oraz Związku Zawodowego Rolników Ekologicznych Św. Franciszka z Asyżu.

Percy Schmeiser jako rolnik prowadzący prawny spór z koncernem biochemicznym Monsanto stał się symbolem i rzecznikiem walki niezależnych rolników o swoje prawa i zwolennikiem surowych regulacji i obowiązków dotyczących odpowiedzialności za uprawę roślin zmodyfikowanych genetycznie. Za prowadzoną od 1998 walkę przeciwko modyfikacjom genetycznym w rolnictwie, w 2007 został wraz ze swoją żoną Louise odznaczony Alternatywną Nagrodą Nobla.

Więcej informacji na temat Percy Schmeisera znajduje się w wikipedii: http://pl.wikipedia.org/wiki/Percy_Schmeiser

Tekst wykładu: http://www.icppc.pl/panel/files/gmo/percyschmeiser.pdf

Materiały video:

Materiały tekstowe:

Potwierdzenia uczestnictwa w spotkaniu 16 kwietnia na SGGW na adres mailowy: renata_kazimierczak@sggw.pl

Zakład Żywności Ekologicznej Wydział Nauk o Żywieniu Człowieka i Konsumpcji

02-776 Warszawa, Nowoursynowska 159 C

tel./fax: 48 22 59 37 039 / 48 22 59 37 036

WSPIERAJ KAMPANIĘ http://www.icppc.pl/antygmo/pomoz-kampani/

==========================

ICPPC – International Coalition to Protect the Polish Countryside,

Międzynarodowa Koalicja dla Ochrony Polskiej Wsi

34-146 Stryszów 156, Poland tel./fax +48 33 8797114 biuro@icppc.pl

www.icppc.pl www.gmo.icppc.pl www.eko-cel.pl

Przeczytaj – “Zmieniając kurs na życie. Lokalne rozwiązania globalnych problemów”, autor: Julian Rose www.renesans21.pl

Read Full Post | Make a Comment ( None so far )

  • Google Translator

  • STOP kłamstwu tvn!

    STOP TVN, TVN24, POLSAT I WYBIÓRCZEJ - stop zakłamaniu w mediach masowych
  • Chroń medycynę naturalną/ Protect natural medicine all over the world
  • Podpisz petycję w obronie medycyny naturalnej i tradycyjnych systemów medycznych
  • Medycyna Tybetańsko-Mongolska, Akupunktura, Moksa, Ziołolecznictwo na PINTEREST.COM
  • Polub nas na FB

  • Instagram prof Enji

    There was an error retrieving images from Instagram. An attempt will be remade in a few minutes.

  • Artykuł o nagonce

  • Czwarty Wymiar o nagonce medialnej

    Artykuł w "CZWARTYM WYMIARZE" o nagonce medialnej na lekarkę Enkhjargal Dovchin "ENJI"
  • Artykuły w „ZC”

    Znaki Czasu - to obecnie jedyne czasopismo, które ma odwagę pisać jawnie o najważniejszych sprawach dotyczących zdrowia ludzkiego czyli Kodeksie Żywnościowym, Szczepieniach oraz alternatywnych metodach leczniczych.
  • MTM in Poland

    Mongolska Tradycyjna Medycyna w Polsce - MTM in Poland
  • LIST OTWARTY

    LIST OTWARTY PUBLICYSTÓW W OBRONIE TOLERANCJI I WOLNOŚCI WYKONYWANIA ZAWODU
  • Chmurka kategorii

  • Ankiety

  • Szybkie menu

Liked it here?
Why not try sites on the blogroll...