koncerny

Zabójcza medycyna naturalna czyli pierdoły racjonalista.pl

Posted on 2 Maj 2010. Filed under: Chęć zysku w TVN, koncerny, Korupcja, lekarz Enji, lekarz Enkhjargal Dovchin, medycyna naturalna, nagonka medialna, Oszustwa mediów, Propaganda medialna, przekupstwo policjii, przestępstwa policjii, zakłamane media, Zero prawdy, łapówkarstwo policjii | Tagi: , , , , |


zabójcza medycyna naturalna – czyste brednie racjonalista.pl – plik pdf

Read Full Post | Make a Comment ( 3 Komentarze )

Największa na świecie kara finansowa dla farmacjii

Posted on 8 kwietnia 2010. Filed under: kodeks żywnościowy, koncerny, Korupcja | Tagi: , , , , |


Pfizer – największy na świecie koncern farmaceutyczny – zapłaci rekordową sumę 2,3 miliarda USD, żeby zakończyć spór z władzami amerykańskimi, dotyczący niedozwolonych metod marketingowych – informują w czwartek agencje prasowe.

<!–0–>

Chodzi m.in. o środek przeciwbólowy Bextra, lansowany przez Pfizera do zastosowań innych niż te, na które wydał zgodę Urząd Kontroli żywności i Leków. Bextra została już wycofana z rynku. W sumie zarzuty przeciw Pfizerowi dotyczyły nieprawidłowości przy sprzedaży 13 leków.

Ugoda przewiduje, że śledztwo przeciwko Pfizerowi zostanie umorzone, gdy koncern zapłaci wspomnianą gigantyczną sumę.

Reuters informuje, że sześć osób, które ujawniły władzom sprzeczne z prawem praktyki Pfizera, otrzyma nagrody – w sumie ponad 102 miliony USD, z czego ponad 51 milionów przypadnie prawdopodobnie Johnowi Kopchinskiemu, byłemu przedstawicielowi handlowemu Pfizera.
Read Full Post | Make a Comment ( None so far )

Dziennikarskie przekręty

Posted on 5 kwietnia 2010. Filed under: Cenzura, koncerny, Korupcja, oszukana polska, oszukańcze koncerny, Oszustwa mediów | Tagi: , , , , |


Opublikowano: 02.03.2010 

Obserwując scenę polityczną w Polsce, zauważyłem, że dziennikarze, którzy mnie zawsze zwalczali, stali się słynni i bogaci. Historia ostatnich 20 lat pokazuje, że można było zrobić dobrą karierę na tendencyjnym szkalowaniu mojej osoby. Niektórzy robią to do dzisiaj.

Jedna z “moich” paszkwilantek, Żydówka Anne Applebaum, już w 1990 roku publikowała o mnie obrzydliwe teksty w skrajnie konserwatywnej amerykańskiej prasie. To samo po angielsku i po polsku pisał jej mąż Radek Sikorski, były dziennikarz, który zrobił karierę w polityce. Radek robi teraz podchody na stanowisko prezydenta RP, a jego żona Applebaum obiecuje, że przestanie pisać tendencyjne teksty dla amerykańskiej prasy, kiedy zostanie Pierwszą Damą w Polsce. Wiadomo, że Pierwszej Damie nie wypada pisać paszkwili. Może to zlecić innym osobom.

W 90 roku atakowali mnie tacy dziennikarze, jak Daniel Passent i Jarosław Gugała, którzy dostali stanowiska ambasadorów RP w Argentynie i w Urugwaju. Dziennikarz Krzysztof Kasprzyk za swój udział w książce “Śladami Stana Tymińskiego” był konsulem w Vancouverze, Los Angeles i Nowym Jorku. Piotr Najsztub dostał miesięcznik “Przekrój” oraz programy publicystyczne w TVP, a jego szef Adam Michnik został niekwestionowanym królem żydowskiego “Salonu”. Monika Olejnik oraz Tomasz Lis do tej pory dostają najwyższe pensje w telewizji. Nawet Anita Gargas, którą znałem jako przymierającą głodem młodą emigrantkę w Toronto i pożyczałem jej pieniądze na przeżycie, paszkwilowała mnie w 90 roku, teraz jest szefem publicystyki w TVP. Śp. dziennikarz Roman Samsel, którego kiedyś zatrudniłem do edycji mojej książki “Święte psy”, napisał na mój temat kilka książkowych paszkwili i jeździł z nimi do szkół średnich w całej Polsce, aby osobiście niszczyć moją reputację. Zmarł w wielkich cierpieniach na raka dwunastnicy.

Lista “moich” paszkwilantów jest bardzo długa i nie jest to miejsce na jej publikację, a więc dałem tylko kilka przykładów, że szkalowanie Tymińskiego okazało się działalnością bardzo korzystną dla wielu dziennikarzy. Notabene przez ostatnie 20 lat jestem w Polsce pod ścisłą cenzurą – nikt w Kraju nie opublikuje moich tekstów, a więc nie mam możliwości obrony. Pewnie z obawy, aby nie zdewaluować wartości tych wydumanych paszkwili.

Zawsze byłem zdumiony, z jak wielkim zacięciem byłem kłamliwie atakowany przez obcych mi ludzi. Jest to swego rodzaju komplement, że poświęcili mi tyle uwagi, ryzykując przez pisanie potwornych kłamstw swoją reputację. Atakowano mnie głównie za to, że odważyłem się bronić Polaków skazanych na biedę przez mafijno-polityczny układ “okrągłego stołu”, oraz za to że w 1990 roku zdobyłem poparcie milionów Polaków, którzy po 8 tygodniach morderczej kampanii wyborczej wybrali mnie na stanowisko swego prezydenta. Tyle, że na koniec “dopasowano” wynik wyborów na korzyść Lecha Wałęsy. Byłbym wtedy waszym prezydentem, gdyby nie dorzucono kartek do urn w dużych miastach wojewódzkich, gdzie “układ” miał swoich ludzi. Po sfałszowanych wyborach byłem brutalnie porzucony przez własny elektorat na pożarcie zjadliwych paszkwilantów, którzy dalej rzucali się na mnie jak wściekłe psy. Czarne chmury zebrały się wtedy nad Polską i wiszą nad krajem do tej pory. A byliśmy tak blisko zwycięstwa i udało nam się obalić wrogi nam antypolski rząd Tadeusza Mazowieckiego. Mimo że prawdziwy wynik wyborów przyhamował socjopatyczne reformy Leszka Balcerowicza, to wszystko poszło na marne, bo dziś Polską rządzi haniebny układ PO-PiS.

W 1991 roku sfałszowano wybory, utrącając większość Partii X za domniemane podrabianie podpisów koniecznych do rejestracji kandydatów, ale bez podania żadnych dowodów. Pamiętam, z jaką radością moi paszkwilanci jednostronnie opisywali ten incydent w prasie krajowej i zagranicznej. Niedługo potem śp. Mieczysław Bareja, przewodniczący Komisji Wyborczej w Warszawie, który nas świadomie utrącił z wyborów, umarł na atak serca jako potwierdzony współpracownik SB w czasie swojej własnej rozprawy lustracyjnej.

Piszę ten tekst jako przestrogę, że jeśli kiedyś w przyszłości znajdzie się prawy Polak, który odważy się ostro zawalczyć o wasz los, to znowu potężna grupa paszkwilantów będzie go niszczyła na wszelkie sposoby w zamian za zaszczyty i pieniądze. Będą oni nagradzani przez poprzednich paszkwilantów, którzy już sławę i stanowiska zdobyli haniebnym szkalowaniem.

Taka sytuacja będzie trwała, dokąd każdy Polak nie zrozumie, że kiedy niszczą jego lidera, który reprezentuje jego interesy na scenie politycznej, to on sam jest celem ataku – to on jest niszczony. W czasie wojny, a taką dziwną wojnę niestety mamy w naszym kraju, najważniejsze jest zniszczenie strategicznego dowództwa. Potem już łatwo zwyciężyć i rozproszyć żołnierzy. Nie jest to tajemnica, że ludźmi, którzy są biedni i bez liderów, jest łatwo manipulować i rządzić pod pozorami demokracji.

Osobiście nigdy nie widziałem sytuacji, aby Polacy stanęli murem za swoim liderem-reprezentantem, kiedy był on atakowany przez naszych wrogów. Ba, nigdy nie widziałem nawet zbiórki pieniędzy na koszty kampanii wyborczej jakiegoś kandydata. Tak jakby Polacy nie cenili i nie mieli potrzeby, aby mieć własnych reprezentantów w polityce. A polityka jak dźwignia daje możliwość największych zmian na korzyść obywateli. W prawdziwej demokracji głos oddany na danego kandydata jest głosem na samego siebie. Kto tego nie rozumie, jest tylko kibicem polityki, a nie jej uczestnikiem, i jako kibic swego głosu w urnie wyborczej nigdy nie będzie bronił. A największa bieda, to nie brak pieniędzy, ale tchórzostwo i brak wiedzy.

Na koniec pragnę zwrócić uwagę, że kiedy dana nacja nie jest w stanie wykreować, wesprzeć i obronić swoich liderów reprezentantów, to ich miejsce natychmiast zajmą wyszczekani i sowicie opłacani dziennikarze paszkwilanci. A to dlatego, że na poziomie władzy natura nie znosi próżni. Kraj prowadzony przez bandę dziennikarskich paszkwilantów nigdy nie będzie bogaty. Przyszłość ludzi w takim kraju będzie kreowana przez haniebną mentalność byłych dziennikarzy, którzy służą możnym tego świata tylko dla własnych korzyści. Musimy to zmienić. Czas, aby Polska, nasza ojczyzna, nareszcie była prawdziwą matką, a nie okrutną macochą.

Autor: Stanisław Tymiński
Źródło: Tygodnik “Goniec” z Toronto

Read Full Post | Make a Comment ( None so far )

Dziennikarzom puszczają nerwy

Posted on 5 kwietnia 2010. Filed under: Cenzura, Chęć zysku w TVN, koncerny, Korupcja, matactwo | Tagi: , |


Opublikowano: 01.03.2010 

Jednym z dobrych znajomych mojego taty był pewien leśniczy. Był on byłym żołnierzem. Walczył we wrześniu 1939 roku. Często rozmawiał z tatą o walkach z Niemcami. Ale w sumie wracał do kilku tych samych opowieści. On sam był amunicyjnym przy ciężkim karabinie maszynowym. Celowniczym karabinu był Białorusin. Przy odpieraniu ataku chodziło o to, by pozwolić Niemcom podejść jak najbliżej, nie bliżej jednak niż na rzut granatem. Rozpoczęcie strzelania ze zbyt dużej odległości mogło spowodować dwie rzeczy: niezbyt skuteczne strzelanie do Niemców, wykrycie stanowiska cekaemu i następnie zlikwidowanie obsługi karabinu maszynowego. Taki sam skutek dawało pozwolenie na zbyt bliskie podejście Niemców. Celowniczy cekaemu musiał nie tylko mieć bardzo dobry wzrok, musiał także mieć wielkie opanowanie i odwagę. Nie wszyscy wytrzymywali.

Według opowiadań znajomego, wielkie wrażenie na nim robiło opanowanie Białorusina. Tak było w czasie odpierania ataków Niemców, tak było w czasie nocnych ataków na bagnety w czasie zdobywania Piotrkowa Trybunalskiego, który przechodził kilkakrotnie z rąk do rąk. W dzień miasto zdobywali Niemcy, w nocy odbijali je Polacy. Znajomy mojego ojca później razem z tym samym celowniczym brali udział w obronie Warszawy aż do jej kapitulacji i pójścia do niewoli niemieckiej 28 września 1939. Kiedykolwiek tato spotykał się ze znajomym przy małej wódce i herbacie, w jakimś momencie powracał wątek walk we wrześniu 1939 roku. Wielokrotnie bliskie spotkania ze śmiercią, widok załamujących się psychicznie żołnierzy, widok innych, którzy dawali przykład swoim zachowaniem, pozostał na trwale w pamięci leśniczego.

Później, w książkach, we wspomnieniach o II wojnie światowej wielokrotnie natykałem się na pozytywne opinie Polaków o postawie Białorusinów. Ci ostatni nie musieli walczyć do ostatnich dni września. Mogli dezerterować, opuszczać szeregi, kiedy wiadomo było, że wojna z Niemcami we wrześniu 1939 była już przegrana. Polska w końcu była krajem wielonarodowym. Różnie się układało między Polakami a mniejszościami narodowymi pod okupacją niemiecką lub okupacją ZSRS. Kiedy przywołuję w pamięci przeczytane książki, artykuły, rozmowy, odnajduję mało ocen negatywnych dotyczących zachowań Białorusinów wobec Polaków w czasie okupacji.

Aktualnie w mediach w Polsce co rusz pokazuje się Białoruś. Aleksander Łukaszenka jest dyżurnym prezydentem kraju wrogo nastawionego do mniejszości polskiej.

W oglądanym przeze mnie programie telewizyjnym rozmówcy mówili o tym, że na Białorusi mieszka 4 proc. osób pochodzenia polskiego. Statystyki zaś podają, że na Białorusi mieszka 10.045.000 osób. W tym 1.142.000 to Rosjanie, 237.000 to Ukraińcy. Oficjalne statystyki mówią, że na Białorusi ma być 396.000 osób pochodzenia polskiego.

No więc o co chodzi? Gdzie jest problem? Jeśli za przykład weźmiemy Rosjan, to jest ich w porównaniu do mniejszości polskiej trzy razy więcej, a o problemach z tą mniejszością się nie słyszy?

W czasie mojego niedawnego pobytu w Polsce zapytałem znajomych, którzy mają rodziny na Białorusi, o to, na czym polega problem Polaków mieszkających w tym kraju?

Moi rozmówcy powiedzieli mi, że prawda jest taka, że osób pochodzenia polskiego mieszkających na Białorusi jest według nich prawie 10 proc., czyli około miliona. Sprawa stosunków osób polskiego pochodzenia z Białorusinami jest złożona. Według moich rozmówców, osoby pochodzenia polskiego należą do białoruskiej elity. Są to lekarze, weterynarze, dentyści, prawnicy. Polacy są często nieco zamożniejsi od Białorusinów.

W okresie kiedy Białoruś była jedną z republik dawnego ZSRS, na stanowiskach kierowniczych w administracji państwowej republiki białoruskiej, w milicji, w wojsku, w KGB przeważnie byli Rosjanie.

Według moich rozmówców, w latach dziewięćdziesiątych paru ministrów białoruskiego rządu miało polskie pochodzenie.

Od roku 1994, kiedy to prezydentem Białorusi został Aleksander Łukaszenka, następuje stopniowe zastępowanie osób pochodzenia rosyjskiego i polskiego na stanowiskach kierowniczych w administracji państwowej, milicji, rdzennymi Białorusinami. Wiele osób nie afiszuje się polskim pochodzeniem, obawiając się utraty uprzywilejowanych stanowisk pracy.

Aleksander Łukaszenka utrzymuje dobre stosunki z Rosją. Białoruś kupuje od Rosji surowce energetyczne, czyli gaz, ropę naftową. Białoruś nie ma możliwości ze względu na swe położenie geograficzne na dokonanie zakupu gazu i ropy od innego państwa poza Rosją.

Sugestie polityków i komentarze dziennikarzy mówiące o tym, by Białoruś była mniej prorosyjska, są po prostu nierealne. To tak, jakby powiedzieć Białorusinom, marznijcie w domach, bo w ten sposób będziecie bardziej Europejczykami. Za to że nie kupicie gazu od Rosji, będą was kochać w Polsce i w Unii Europejskiej… Bzdura, prawda?

Według mnie, prezydent Łukaszenka nie jest prorosyjski. On manewruje. Chce, by Białoruś była bardziej dla Białorusinów. Według mnie, nie jest on też komunistą, którego czasami przezywa się poniżająco kołchoźnikiem. Według mnie, to raczej realista, który rozumie, że gwałtowne otwarcie gospodarki na kapitalizm może dla mieszkańców Białorusi, kraju, w którym nie ma ludzi doświadczonych regułami gry w gospodarce kapitalistycznej, przynieść więcej negatywnych skutków niż pozytywnych.

Weźmy przykład Rosji. Po upadku komunizmu potworzyły się tam mafie. Przemysł naftowy został wykupiony przez zagranicznych biznesmenów. Często biznesmeni ci nie płacili podatków. Szło to w parze z przedstawianiem tych ludzi przez nierosyjskie media jako osoby tworzące demokrację w Rosji. Dopiero powrót ludzi z aparatu służb specjalnych doprowadził do tego, że biznes naftowy zaczął płacić podatki, Rosjanie zaczęli otrzymywać emerytury i świadczenia socjalne.

Część z czytelników tego tekstu być może była na Kubie. Wielu zapewne zadało sobie pytanie o to, czy ten kraj powinien tak jak Polska dokonać obalenia tamtejszego systemu własności państwowej. Odpowiedź nie jest łatwa. Jeśli jutro dokonałaby się taka zmiana, to z miejsca pojawia się olbrzymi kapitał zagraniczny i pierwsze, co robi, to wykupi wybrzeże. W konsekwencji biedacy z wewnątrz wyspy nie będą mogli nawet wykąpać się w morzu, którego są współwłaścicielami. Nie obalać komunizmu, to pogrążać się w biedzie. I tak źle, i tak niedobrze. Myślę, że postrzeganie zagrożeń związanych z napływem obcego kapitału jest jednym z powodów tego, że na Kubie nie ma za dużo zwolenników obalenia tamtejszego systemu własności państwowej.

Upadek Związku Sowieckiego zaskoczył Białoruś i Białorusinów. Elity białoruskie były bardzo skromne. Na dodatek nie było tak jak w Polsce prywatnego rolnictwa, małego biznesu, nie było wolnego kapitału.

Aleksander Łukaszenka powoli otwiera się na kapitalizm i Europę. Wygląda na to, że chce zyskać na czasie, że chce wykształcić własne kadry, chce stopniowo nauczyć Białorusinów gospodarki rynkowej i stopniowo oddać im ich kraj w ich własne ręce. Osobiście nie widzę w tej postawie nic złego. Jak my, Kanadyjczycy czy Polacy, zachowalibyśmy się, gdyby nagle stało się tak, że przedstawiciele mniejszości zajmowaliby większość stanowisk kierowniczych w administracji, policji itd.?

Wydaje mi się, że część dziennikarzy polskich pisze o rządzie białoruskim źle, bo może tak pisać. Polscy dziennikarze nie oglądają się przy tym na przeszłość stosunków historycznych między Polakami a Białorusinami. Nie były one złe. Dziennikarze nie wybiegają też myślami w dalszą przyszłość.

Czy Białoruś będzie w przyszłości częścią Rosji, jak sugerują niektórzy? Uważam, że nie. Uważam też, że nie jest to intencja prezydenta Łukaszenki ani intencja samych Białorusinów. Gdyby tak miało być, to Łukaszenka nie zastępowałby Rosjan na stanowiskach kierowniczych w wojsku, administracji Białorusinami. Łukaszenka powoli chce uniknąć niezadowolenia samych Białorusinów, chce, by Białorusini stawali się bogatsi, by stawali się lepiej wykształceni i by stawali się właścicielami swego kraju. Prezydent Łukaszenka robi dokładnie to samo co nasz prezydent Lech Kaczyński. Paradoksalnie tego ostatniego też polskie i niepolskie media przedstawiają jako skrajnego nacjonalistę. Ponieważ polskie elity stoją jakoś na drodze do budowy elit białoruskich, prezydent Łukaszenka od czasu do czasu postraszy bogatszą i prężną mniejszość polską. Z drugiej strony, nie widać na Białorusi żadnych represji w sferze wolnych zawodów. Tutaj Polacy mają pełne pole do rozwoju.

Uważam, że w perspektywie 10 lat Białoruś będzie starała się otworzyć i bardziej współpracować z Unią Europejską. Dlaczego? Białoruś ma mało zasobów naturalnych. Kraj ten będzie musiał nauczyć się sprzedawać swoją wiedzę i swoją pracę. Rosja jeszcze długo nie będzie oferowała poziomu wiedzy, poziomu życia równego Unii Europejskiej. Dobrze by było, by polscy dziennikarze i polscy politycy dostrzegali, co daje Rosja, co oferuje Unia Europejska i by byli dalekowzroczni. Białoruś będzie potrzebowała bogatej mniejszości polskiej. Chodzi o to, żeby polscy politycy w przypływie miłości nie zaszkodzili mniejszości polskiej na Białorusi.

Delikatna jest różnica między kimś, kogo się naśladuje i od kogo chciałoby się uczyć, a kimś komu się zazdrości i kogo w sumie się nie lubi.

Przyjaźń, neutralność łatwo można zniszczyć. Polska miała w swej dalszej i bliższej historii wystarczająco dużo wrogów i ludzi jej nieprzychylnych.

Z punktu widzenia długofalowych interesów Polski, dobrze będzie, jeśli Białoruś będzie stabilna. Trzeba liczyć na to, że będzie częścią Unii Europejskiej. Do tego pobudzi Białorusinów impuls naśladowania zamożniejszych i lepiej żyjących Polaków.

Jestem w tej mierze optymistą. Dobrem jest to, że po stronie białoruskiej nie ma negatywnych dla Polaków wzorców-bohaterów, wzorców, które by dzieliły oba narody. Na Białorusi nie było kogoś na miarę Stepana Bandery.

Mam wrażenie, że Łukaszenka chce, żeby Białoruś była neutralna, żeby miała elity, i chce z tymi elitami wejść kiedyś do Unii Europejskiej. Dziennikarze w Polsce nie powinni oczekiwać od Białorusi niczego więcej niż tego, czego oczekiwaliby od polskiego rządu, gdyby przyszło mu pracować w podobnych do Białorusi warunkach. Nie powinny puszczać im nerwy. Dziennikarze w Polsce ulegają zbyt łatwo politycznej poprawności. Wydaje się, że uważają, że jak ktoś był w przeszłości dobry, to niezależnie jak się go opisze, to i tak dalej dobrym będzie. O kimś, kto, no cóż, w przeszłości nie zawsze zachował się tak, jak od niego oczekiwano, na wszelki wypadek pisze się dobrze.

Na Białorusi bardzo wiele osób, w tym i osób niepolskiego pochodzenia, mówi i czyta po polsku. Przyglądają się one temu, co się w Polsce pisze i mówi o ich kraju.

Lekarze mają zasadę, która mówi: po pierwsze, nie szkodzić. W odniesieniu do dziennikarzy zasada ta oznacza zachowanie spokoju, roztropności i optymizmu.

Autor: Janusz Niemczyk
Źródło: Tygodnik “Goniec” z Toronto

Read Full Post | Make a Comment ( None so far )

Niebezpieczna żywność – komentarz lek. Enji

Posted on 3 kwietnia 2010. Filed under: dr Enji, enji, kodeks żywnościowy, koncerny, Korupcja, lekarz Enji, lekarz Enkhjargal Dovchin, monsanto, niebezpieczna żywność, oszukańcze koncerny, szajs gmo, żywność gmo | Tagi: , , |


Sprawa jest śmiertelnie poważna. Według danych rządu Stanów Zjednoczonych raczkujące dziś pokolenie Amerykanów będzie pierwszym od stulecia, które pożyje krócej od swoich rodziców. Powód: otyłość. Co trzecie amerykańskie dziecko ma chroniczną nadwagę, a co za tym idzie – jest skazane na nadciśnienie, cukrzycę, astmę albo raka. Na odsiecz rusza Michelle Obama. W połowie lutego Pierwsza Dama wystartowała z przygotowywaną przez rok kampanią Let’s Move (Ruszmy się!), debiutując tym samym w – tradycyjnie wypełnianej przez żonę prezydenta – roli społecznej aktywistki. Przy wsparciu organizacji pozarządowych, biznesu i mediów będzie zachęcać dzieciaki, żeby odstawiły colę na rzecz soku, frytki na rzecz marchwi i siedzenie przed komputerem na rzecz ganiania za piłką.

Inicjatywa szlachetna, tyle że jej szanse powodzenia są znikome. Żeby przestać tyć, Amerykanie na nowo muszą zbudować sobie system produkowania jedzenia. Ale na taką zmianę się nie zanosi, bo nie pozwolą na nią ci, którzy dziś na karmieniu narodu zarabiają miliardy.

„Jesteś tym, co jesz” – mawiają za oceanem. Jeśli popularne powiedzenie potraktować dosłownie, naród amerykański jest zaprojektowanym w laboratorium, genetycznie zmodyfikowanym i wielokrotnie przetworzonym produktem wielkiej korporacji.

Nasiona

Największym żywicielem Ameryki jest dziś Monsanto – firma, która przez dziesięciolecia produkowała trucizny, jak środek owadobójczy DDT czy zawierający dioksyny preparat niszczący roślinność, używany przez amerykańską armię w Wietnamie. W połowie lat 80. korporacja Monsanto z giganta chemicznego przepoczwarzyła się w giganta spożywczego. Oprócz środków do trucia naukowcy w jej laboratoriach zaczęli po prostu wymyślać środki do jedzenia. W 1982 roku jako pierwsi zmodyfikowali genetycznie komórkę roślinną. I to właśnie na nasionach Monsanto wyrósł wielomiliardowy przemysł żywności genetycznie modyfikowanej (GMO).

Rozkwit interesu umożliwiła decyzja Sądu Najwyższego USA, który w 1980 roku pięcioma głosami przeciw czterem zezwolił na patentowanie żywych organizmów. Sprawa nie dotyczyła wprawdzie nasion GMO, tylko bakterii stworzonej przez General Electric do pożerania wycieków ropy, ale ustanowiła precedens dający początek przejęciu produkcji rolnej przez korporacje. Prawo do zbóż daje przecież władzę nad tym, co ludzie jedzą i czy w ogóle jedzą.

Ludzie Monsanto (firma istnieje od 1901 roku, a kokosy zarabiała już w latach 30. na sprzedaży sacharyny dla Coca-Coli) wpadli na pomysł tak prosty, że aż genialny: produkujemy jednocześnie silny środek chwastobójczy i roślinę, która będzie na niego odporna. Tak powstał Roundup i zmodyfikowana kukurydza. Farmer kupuje oba produkty, obsiewa pole kukurydzą i pryska Roundupem. Roundup kosi wszystko, co żywe, poza kukurydzą. Ta zaś – pozbawiona konkurencji – rośnie wysoka i żółta jak nigdy.

Wszyscy są zadowoleni. Monsanto – bo uzależnił farmera od swoich produktów. Z kolei zadowolenie farmera z wysokiej i żółtej kukurydzy jest tak duże, że podpisuje umowę licencyjną, która zakazuje mu zbierania nasion z zeszłorocznej uprawy, skazując go na coroczną dostawę nasion z Monsanto. Dzięki temu farmer jest jeszcze bardziej uzależniony, a koncern – jeszcze bardziej zadowolony.

Monsanto ma własną policję i siatkę donosicieli. Prawie setka inspektorów wspierana przez informatorów sprawdza, czy producenci kukurydzy nie dopuszczają się – jak ujmuje to koncern – „nasiennego piractwa”.

Firma ma również sposoby na tych, którzy chcą zostać przy zwykłych uprawach. Metoda pierwsza: Monsanto systematycznie likwiduje rynek tradycyjnych nasion przez przejmowanie ich producentów. Dwa najważniejsze zakupy ostatnich lat – największy światowy producent nasion warzywnych Seminis (2005 rok; za 1,4 miliarda dolarów) i Delta and Pine Land Company, olbrzym specjalizujący się w nasionach bawełny (2007 rok; za 1,5 miliarda dolarów). Na rynku zaczyna więc brakować nasion niepozostających pod kontrolą monopolisty. Druga metoda: presja prawna. Niesione wiatrem nasiona Monsanto rozsiewają się na pola przypadkowych farmerów, a firma oskarża ich o kradzież. U Bogu ducha winnego delikwenta zjawia się inspektor Monsanto i informuje o dwóch możliwościach: albo zawieramy ugodę i podpisujesz z nami umowę licencyjną, albo mobilizujemy naszych prawników i rozpoczynamy długą batalię sądową. Zanim się skończy – będziesz zrujnowany. Według danych organizacji Center for Food Safety, która od lat monitoruje działalność Monsanto, większości farmerów nie stać na prawniczą wojnę i idą na układ z firmą. Ci niepokorni – jak 85-letni Vernon Gansebom z Nebraski – nazywają Monsanto rolniczym gestapo. Gansebom jest jednym z około 500 rolników, którym korporacja każdego roku wytacza proces.

Monsanto jest dziś największym w USA właścicielem biotechnologicznych patentów. Ma ich prawie 700. Nie ma sobie równych na amerykańskim rynku genetycznie modyfikowanej kukurydzy, bawełny, buraków cukrowych, rzepaku, lucerny i soi. W przypadku tej ostatniej – odpowiada za 90 procent sprzedaży. Biorąc pod uwagę fakt, że prawie trzy czwarte żywności przetworzonej – a taką głównie jedzą Amerykanie – jest genetycznie zmodyfikowane, można sobie wyobrazić, jak ogromny jest wpływ Monsanto na ich dietę.

Zboża

Amerykanie jedzą głównie kukurydzę i soję. Powtórzmy: głównie z nasion Monsanto. W przeciętnym amerykańskim supermarkecie na półkach leży ponad 40 tysięcy różnych produktów spożywczych. Ale to bogactwo wyboru jest pozorne. Większość asortymentu jest zrobiona z tych samych składników. Według Larry’ego Johnsona, dyrektora ośrodka badań nad zbożami Uniwersytetu Stanowego w Iowa, 90 procent przetworzonej żywności w supermarketach ma w składzie albo kukurydzę, albo soję. Do tego sól, cukier i cała gama środków chemicznych decydujących o tym, jak jedzenie smakuje, wygląda i jak długo zachowuje „świeżość”. Tak żywi się większość Amerykanów.

Za taki stan rzeczy odpowiada polityka rolna USA, która od połowy lat 70. zwiększa subsydiowanie uprawy czterech zbóż: kukurydzy, soi, ryżu i pszenicy. Ich zaletą, z punktu widzenia rządu, jest to, że można je składować latami. Dla farmerów najwygodniejsza jest kukurydza, bo najlepiej się sprzedaje. 30 procent ziemi uprawianej dzisiaj w Stanach Zjednoczonych jest obsiane kukurydzą. Cmoka na to ze smakiem kilka korporacji kontrolujących rynek jej obróbki – Bunge, Cargill czy Archer Daniels – bo dzięki dopłatom kukurydza ląduje na rynku po cenach znacznie poniżej kosztów uprawy. Produkują z niej mączkę i – przede wszystkim – bogaty we fruktozę syrop i sprzedają dalej kilku gigantom kontrolującym rynek przetwarzania żywności – znanym również u nas – Unileverowi, Nestlé, Coca-Coli, Kellogg’s. Żeby było pysznie, czyli słodko, syropem kukurydzianym (jest tańszy od cukru) słodzi się wszystko – ciasteczka i lody, ale też płatki śniadaniowe, pieczywo, a nawet wędliny, sosy w proszku, zupy w proszku, ziemniaki w proszku i hamburgery. Zadowoleni są rolnicy, korporacje i konsumenci. To, że ci ostatni tyją i umierają od tego tycia, mało kogo interesuje.

Przetworzona, wysokokaloryczna żywność jest na półce w supermarkecie dużo tańsza niż świeże warzywa i owoce. I to wcale nie ekologiczne (te są jeszcze droższe), tylko pochodzące z wielkich, nawożonych na potęgę farm, ale niecieszące się aż tak hojnym wsparciem rządu jak cztery „zboża przetrwania”. Doktor Adam Drewnowski z Uniwersytetu w Waszyngtonie wyliczył, że najtańsze kalorie mają w sobie chipsy (w ich przypadku wyprodukowanie jednego megadżula, czyli 239 kilokalorii, kosztuje 20 centów). Cola jest tylko ciut droższa (30 centów/MJ). Megadżul z marchewki to wydatek 95 centów, a z soku pomarańczowego – 1,43 dolara. Profesor Uniwersytetu Kalifornii Michael Pollon, najpopularniejszy dziś rzecznik rewolucji w amerykańskim systemie rolno-spożywczym, podsumowuje to tak: – Status społeczny i sytuacja finansowa rodziny są dziś w USA decydującym czynnikiem otyłości. Biedni jedzą tanią korporacyjną mamałygę i tyją.

Hamburger

Sam cukier to za mało, żeby było smacznie. Musi jeszcze być tłusto. Dlatego teraz przerobimy mięso. Amerykańskie mięso jest bardzo tłuste, bo robi się je z kukurydzy. Z kukurydzy z nasion Monsanto. Trudno w to uwierzyć? Sami popatrzcie.

W przemyśle mięsnym wszystko zostało podzielone. 85 procent rynku wołowiny jest w rękach czterech firm: Tyson, Cargill, Swift i National Beef Packing. Wieprzowina w 65 procentach należy do wymienionych wyżej trzech pierwszych i giganta Smithfield, a 60 procent kurczaków to znów Tyson i drobiowy specjalista Pilgrim’s Pride. W latach 70. istniało kilkanaście tysięcy małych ubojni. Dziś zostało 13 gigantycznych. W największej rzeźni świata – należącej do Smithfield – w Karolinie Północnej ubija się 32 tysiące świń dziennie, czyli 1333 na godzinę, czyli 22 na minutę. Non stop, całą dobę.

Większość hodowanych w USA krów karmi się kukurydzą lub soją. Krowy są ewolucyjnie przystosowane do jedzenia trawy, ale trawa nie rośnie w hodowlanych konglomeratach, poza tym jest droga, a kukurydza i soja cieszą się znanym nam już korporacyjno-rządowym wsparciem. Na kukurydzy krowa szybciej rośnie, mięso jest bardziej tłuste i tańsze. Przeciętny Amerykanin zjada dziś 90 kilogramów mięsa rocznie (Polak 65), czyli o 30 kilogramów więcej niż przed 50 laty.

Michael Pollon: – Kukurydza i soja to fundamenty naszego „fastfoodowego narodu”. Zorganizowaliśmy sobie system, w którym miliony zwierząt podłączone są do nieprzerwanego strumienia taniej paszy.

Oczywiście świeże mięso w kawałku, mimo że wyhodowane na taniej kukurydzy, jest dużo droższe od mięsa przetworzonego. Dlatego niezamożny Amerykanin spożywa przede wszystkim mięso po wielokrotnych fabrycznych przejściach – w postaci hamburgera. Mięso w typowym amerykańskim hamburgerze – jak w październiku zeszłego roku w głośnym artykule na łamach „New York Timesa” opisał Michael Moss – pochodzi z kilkuset zwierząt. „Mięso” jest tu terminem umownym, bo miele się resztki tego, co nie „poszło” w postaci steków – tłuste ścinki, oczy, uszy i podroby. Kto jest największym odbiorcą mielonej wołowiny w USA? McDonald’s.

Za symbol uprzemysłowienia produkcji mięsa niech posłuży jedna ze scen z krytycznego wobec branży spożywczej filmu „Food, Inc.” w reżyserii Roberta Kennera. Opowiadając do kamery o swojej pracy, naukowiec grzebie w krowim żołądku. Z tym że żołądek jest jeszcze w krowie, krowa jest jeszcze żywa, stoi na czterech nogach z opuszczonym łbem. Nie zwraca uwagi na to, że ma dziurę wyciętą w boku, oklejoną plastikiem. Nazywa się to rumenotomią, a fachowa nazwa dziury to przetoka. Naukowcy od jedzenia wymyślili taką sztuczkę, żeby „na żywo” badać, co się dzieje w żołądku krowy, kiedy zje coś, na co nie przygotowała jej ewolucja.

W przypadku kukurydzy nie dzieje się za dobrze. Badania potwierdziły, że najbardziej prawdopodobną przyczyną dręczącej Amerykanów epidemii zakażeń bakterią E. coli jest karmienie krów kukurydzą. Bakterią, która pojawiła się w wołowinie na początku lat 80., gdy tempa nabierał rozwój przemysłu mięsnego, zaraża się 70 tysięcy Amerykanów rocznie. Choć zazwyczaj kończy się na kilkudniowych biegunkach, niektórzy jednak umierają – jak dwulatek Kevin Kovalcyk w 2001 roku, lub zostają sparaliżowani – jak opisana przez Mossa w „New York Timesie” Stephanie Smith. Zakażeń można by uniknąć, gdyby mięso było porządnie badane. Ale nie jest. W latach 70. rząd przeprowadzał 50 tysięcy kontroli mięsa rocznie, dziś – mniej niż 10 tysięcy. Tak zwane prawo Kevina (na cześć małego Kovalcyka), które umożliwiłoby zamykanie zakładów sprzedających zatrute mięso, utknęło w kongresowych komisjach. Dlaczego? Odpowiedź w następnym rozdziale.

Nie gorzej od producentów wołowiny radzą sobie bossowie od kurczaków. Na wzór Monsanto wyspecjalizowali się w uzależnianiu od siebie hodowców. Korporacja stawia halę produkcyjną wartą 300 tysięcy dolarów i podpisuje z farmerem kontrakt. Hale i kury należą do firmy, rolnik dostaje wypłatę za samą hodowlę. Dziesiątki tysięcy ptaków stłoczonych w jednej hali, na dostarczonej przez firmę paszy, rośnie w 48 dni do rozmiaru, jaki jeszcze przed 30 laty osiągały w trzy miesiące. Taki kurczak nie umie nawet chodzić, bo kości nie nadążają za rosnącą jak szalona masą mięśniową. Raz na kilka lat bossowie zgłaszają się do rolnika i przedstawiają listę koniecznych unowocześnień. Możliwości odmowy nie ma, bo firma zerwie kontrakt i farmer zostanie z wielotysięcznym długiem. Więc unowocześnia – znów na kredyt, który dalej wiąże go z korporacją.

Prawo

Żeby interes się kręcił, trzeba mieć swoich ludzi w rządzie. Lobby przemysłu spożywczego kontroluje wszystkie kluczowe dla siebie urzędy i stanowiska w Waszyngtonie. Zasiadają tam:
Tom Vilsack. Dziś sekretarz rolnictwa. Do niedawna – przewodniczący Porozumienia Gubernatorów na rzecz Biotechnologii (jako gubernator Iowa), organizacji lobbującej na rzecz GMO i klonowania zwierząt hodowlanych, regularny pasażer prywatnych odrzutowców zarządu Monsanto.

Islam Siddiqui. Dziś Główny Negocjator Rolniczy (urząd dbający o sprzedaż amerykańskich produktów rolnych za granicą). Do niedawna – wiceprezes koalicji CropLife zrzeszającej biotechnologiczne giganty (z Monsanto na czele).

Roger Beachy. Dziś szef Narodowego Instytutu Żywności i Rolnictwa (badania naukowe nad żywnością). Do niedawna – prezes opłacanego przez Monsanto centrum badań nad roślinami Danforth.

To tylko trzy przykłady z najwyższej półki. W Departamencie Rolnictwa i wszystkich urzędach okołospożywczych roi się od ludzi, którzy w niedalekiej przeszłości zajmowali kluczowe stanowiska w kontrolujących rynek korporacjach.

Pozycję branży rolno-spożywczej w Waszyngtonie cementuje też 1,2 miliarda dolarów wydanych przez ostatnie 10 lat na lobbowanie Kongresu i Białego Domu.

To dzięki tym pieniądzom rokrocznie spada liczba przypadków kontroli mięsa, a prawu Kevina ukręcono łeb. Również dzięki nim w USA nie trzeba na etykietach informować konsumentów, czy żywność jest genetycznie modyfikowana albo czy krowom, od których pochodzi mleko, wstrzykiwano sztuczne hormony. Co więcej, producenci hormonów (w tym największy – uwaga – Monsanto) walczą o to, żeby nie można było mówić ludziom, że mleko NIE pochodzi od krów faszerowanych hormonami. Dziś, jeśli producent chce poinformować o tym odbiorcę, musi na nalepce dorzucić informację, że wedle znanych badań mleko z hormonami jest tak samo dobre. Trwa batalia o to, aby w przyszłości Amerykanie nie mogli się dowiedzieć, czy świnia, z której kotlet jedzą, została poczęta naturalnie, czy w laboratorium genetycznym.

To dzięki pieniądzom wydanym na lobbing branża skutecznie rozmyła definicję żywności ekologicznej (organic). Zachowując na etykiecie przyznawany przez rząd stempel organic, można dziś do jedzenia dodawać środki wzmacniające smak i zapach, spulchniacze, sztuczne tłuszcze, można używać roślin nawożonych i transportowanych z drugiego końca świata. To, że branża organic jest warta 23 miliardy dolarów rocznie i rozwija się szybciej od innych sektorów spożywczych, nie znaczy, że Amerykanie zaczęli jeść zdrowo – choć wielu z nich tak myśli. Najbardziej popularne marki żywności organic należą do gigantów: Nestlé, Krafta, Coca-Coli. Zdrowa żywność została kupiona przez korporacje i przestała być zdrowa. Wreszcie – dzięki „legalnej korupcji”, jak często nazywa się lobbing – w USA nie ma publicznej dyskusji na temat żywności GMO. W korporacyjno-politycznych gabinetach już zdecydowano, że jest bezpieczna i uratuje ludzkość przed głodem.

Sprzedaż

Skoro się wyprodukowało, trzeba sprzedać. Tym zajmą się specjaliści od marketingu. Branża wydaje na reklamę 36 miliardów dolarów rocznie, w tym 13 miliardów na przekaz skierowany do dzieci. Mały Amerykanin ogląda codziennie 30 spotów telewizyjnych reklamujących słodki i tłusty junk food. Z taką nieprzerwaną marketingową nawałnicą mierzyć się będzie kampania Let’s Move Michelle Obamy. Szkoda tylko, że gdy ona ją przygotowywała, jej mąż w gabinecie obok podpisywał kolejne nominacje dla agrospożywczych bonzów, którzy – jak mówi jeden z niezależnych farmerów w filmie „Food, Inc.” – traktują konsumentów z taką samą troską jak bydło, które zarzynają.

Oczywiście USA nie są jedynym krajem, gdzie produkcja żywności została uprzemysłowiona. Jednak nigdzie indziej aż tak silnej kontroli nad tym, co jedzą ludzie, nie dzierży kilka potężnych podmiotów. Polska jest dziś na etapie, na którym Amerykanie byli w latach 70. Nasze rolnictwo się reformuje, przed władzą kluczowe decyzje, które ukształtują system na lata. Trwają prace nad ustawą o GMO. Biotechnologicznym gigantom zależy, aby nasze prawo było wprowadzaniu upraw modyfikowanych jak najbardziej przychylne. Potrzebna jest w tej sprawie otwarta, publiczna dyskusja, bo nie chodzi tylko o to, czy żywność GMO jest bezpieczna dla zdrowia. Chodzi o to, jak w przyszłości będziemy karmieni. Chodzi o to, czy oddamy całe nasze jedzenie w ręce monsantów, cargilli czy tysonów. Chodzi o to, czy chcemy być traktowani jak bydło.

Autor: Maciej Jarkowiec – Źródło: Przekrój

Komentarz Medycyny Tybetańskiej i lek. Enji

Żywność w życiu człowieka jest bardzo ważna. To co jemy tacy jesteśmy. Zachęcamy do podpisywania petycji AVAAZ w obronie naszego kraju przed importem żywności gmo. Jeszcze mamy czas aby wygrać tę walkę.

Read Full Post | Make a Comment ( None so far )

Masowe wyjazdy lekarzy za granicę – lek. Enkhjargal Dovchin „ENJI”

Posted on 3 kwietnia 2010. Filed under: codex alimentarius, dr Enji, enji, kodeks żywnościowy, koncerny, Korupcja | Tagi: , , , , |


Doświadczeni, władający językiem angielskim specjaliści z innych  krajów są podporą wielu systemów ochrony zdrowia na Zachodzie.

PPX/Rynek Zdrowia
2010-03-31

Z badań Stowarzyszenia Medycznego HCSA wraz z Hays Poland wynika, iż specjaliści branży medycznej wciąż chętnie przyjmują zagraniczne oferty pracy.

Głównym powodem do podjęcia pracy za granicą są korzyści finansowe – tak odpowiedziało 66% ankietowanych. Jednakże dla ok. 32% respondentów najważniejszym argumentem przemawiającym za podjęciem pracy poza Polską są możliwości dalszego rozwoju zawodowego – informuje Kinga Sulik, ekspert Hays Poland zajmujący się rekrutacją specjalistów.

Zainteresowanie pracą zagranicą – gdyby taka oferta była prezentowana przez agencję rekrutacyjną, bądź bezpośrednio przez placówkę służby zdrowia – wykazało 90% respondentów. Jedynie 2% ankietowanych nie wyraziło chęci otrzymywania propozycji pracy.

Wyniki te pokazują, iż firmy doradztwa personalnego cieszą się dużym zaufaniem, szczególnie te międzynarodowe, zapewniające przyszłym pracownikom wsparcie na miejscu, jak i w kraju docelowym, w którym kandydat podejmie pracę. Wysoki odsetek zainteresowanych świadczy również o otwartości kadry medycznej na migracje w celu podjęcia pracy.

32 % badanych wyraziło duże zainteresowanie warsztatami informacyjnymi na temat możliwości pracy za granicą, a 61 % średnie. Żaden z badanych nie odmówił wzięcia udziału w takim przedsięwzięciu. Warto zwrócić również uwagę, iż cechą którą pracodawcy cenią wśród personelu medycznego jest elastyczność. Specjaliści w sektorze medycznym, którzy są skłonni zmieniać miejsce pobytu oraz wykonywania zawodu co np. 6 m-cy będą bardzo pożądaną grupą zawodową.

Forma zatrudnienia taka, jak „locum”, czyli na czas krótki i określony, a więc np. kilka tygodni/miesięcy w Polsce i kilka tygodni/miesięcy poza granicami naszego kraju, staje się pożądana wśród pracodawców.

Zobacz także:

Komentarz do artykułu MEDYCYNA TYBETAŃSKA lek. ENJI

Normalnym jest, że w każdym cywilizowanym państwie lekarze medycyny naturalnej są szanowani. Nie normalnym jest ściganie takich osób przez telewizje i policję. Na świecie lekarz medycyny naturalnej po studiach medycznych i ze specjalnością medycyna naturalna ( kierunek studiów na Harvardzie oraz na nielicznych uniwersytetach medycznych na świecie ) zarabia średnio 10 tyś dolarów miesięcznie. Zabieg akupunktury to wydatek średnio 80 do 200 USD. W Polsce podobny zabieg kosztuje od 15 do 60 zł. Podobnie ma się do innych usług z zakresu medycyny naturalnej. Czy żyjemy w normalnym państwie?

Read Full Post | Make a Comment ( None so far )

Kasa fiskalna w prywatnych gabinetach

Posted on 3 kwietnia 2010. Filed under: dr Enji, enji, kodeks żywnościowy, koncerny, Korupcja, lekarz Enji, lekarz Enkhjargal Dovchin | Tagi: |


  • Dziennik Gazeta Prawna, JJ/Rynek Zdrowia
  • 2010-04-01

Lekarze prywatnych gabinetów mają już listę pomysłów, jak uniknąć obowiązku korzystania z kas fiskalnych. Można je znaleźć na forach internetowych.

Listę „sposobów” na oszukanie fiskusa zamieszcza w czwartek (1 kwietnia) Dziennik Gazeta Prawna. Jakie to są sposoby? Na przykład:
• włączanie kas tylko w oficjalnych godzinach otwarcia gabinetu (w rzeczywistości pacjenci przyjmowani są przez 10 godzin);
• uzgadnianie z pacjentem, że zapłaci mniej, jeśli nie zażąda rachunku;
• rozkładanie opłaty na dwie części: pierwsza, niższa (np. za wypisanie recepty) będzie rejestrowana w kasie fiskalnej, druga – wyższa, np. za badanie i poradę – ma być płacona poza oficjalnym rachunkiem (tym sposobem ten sposobem liczba pacjentów zgadza się z liczbą wystawionych rachunków)…

Nie wszyscy jednak są przeciwnikami wprowadzenia kas dla lekarzy. Na przykład Federacja Porozumienie Zielonogórskie w swoim oświadczeniu przesłanym do redakcji portalu rynekzdrowia.pl ocenia taki krok pozytywnie. Wyraża jednocześnie przekonanie, że wprowadzenie kas fiskalnych dla lekarzy, winno być poprzedzone wprowadzeniem odpowiedniej stawki VAT [np. 0%] za usługi medyczne oraz wprowadzeniem ulg podatkowych dla obywateli za ponoszone koszty leczenia.

Zdaniem FPZ „usługi medyczne” są ostatnim ogniwem w systemie podatkowym (zwolnienie z podatku Vat) z czym wiąże się brak możliwości zwrotu należnych kwot dla przedsiębiorców wynikających z różnicy podatku VAT. Federacja stoi także na stanowisku, że wprowadzenie pełnej ewidencji finansowej przyczyni się do rzetelnej oceny środków finansowych przeznaczonych na świadczenia zdrowotne w Polsce.

Federacja PZ popierając wprowadzenie kas fiskalnych w gabinetach jest zdania, że spowoduje to uregulowanie spraw finansowo – skarbowych w ochronie zdrowia, co pozytywnie wpłynie na przepływ pełnej informacji i poczucie przejrzystości systemu;
ujednolici zasady dla świadczeniodawców oraz stworzy możliwość uzyskania pełnej informacji o systemie i rzeczywistych środkach finansowych w nim funkcjonujących. Federacja PZ chce, aby było powszechnie wiadomo, ile kosztuje (zarówno z pieniędzy publicznych jak i prywatnych) polski system ochrony zdrowia i które miejsce w tej kwestii zajmujemy w Europie.

Zobacz także:

Read Full Post | Make a Comment ( None so far )

Ministerstwo Zdrowia w ataku na dopalacze i medycynę naturalną. Pod przykrywką ścigania dopalaczy medycyna alternatywna będzie tępiona – lek. Enkhjargal Dovchin „ENJI”

Posted on 3 kwietnia 2010. Filed under: codex alimentarius, dr Enji, kodeks żywnościowy, koncerny, Korupcja, lekarz Enji, lekarz Enkhjargal Dovchin, Propaganda medialna, walka o prawdę, Zero prawdy, Złe Prawo | Tagi: , , , , , , , , , |


https://i2.wp.com/www.rynekzdrowia.pl/Prawo/files/multimedia/big_127/004/361/7_00/01238119.jpg

  • PAP/Rynek Zdrowia
  • 2010-03-31 15:54:00

Resort zdrowia przygotował nowe przepisy prawne pozwalające na skuteczną walkę z tzw. dopalaczami.

Po świętach ma zostać przedstawiony projekt ustawy w tej sprawie. Tzw. dopalacze, to substancje psychoaktywne, które mogą działać podobnie do narkotyków. Można je legalnie kupić w Polsce. Są sprzedawane m.in. jako przedmioty kolekcjonerskie albo nawozy dla roślin. W Warszawie dostępne są w kilku całodobowych sklepach, jeden z nich znajduje się w ścisłym centrum miasta.

Kopacz powiedziała dziennikarzom, że do projektu ustawy został wprowadzony zapis umożliwiający wycofanie z obrotu na 18 miesięcy substancji, co do której istnieją podejrzenia, że może być szkodliwa dla zdrowia. W tym czasie ma być ona poddana analizie w Agencji Oceny Technologii Medycznych. To od jej opinii będzie zależało, czy substancja zostanie wpisana na listę środków, których sprzedawanie w dopalaczach będzie zabronione.

–  Dopalacze to jest taka substancja, która jednego dnia ma nazwę „x”, następnego dnia „y” i z tym problemem sobie nie radzą w Europie i na świecie. Dlatego, że zawsze można przemycić tę substancję jako produkt kolekcjonerski tak, jak to ma miejsce w Polsce. Innym razem jako część nawozu, czy jakiejś innej substancji, która jest ogólnie dostępna – powiedziała Kopacz.

Dodała, że polskie rozwiązanie ustawowe będzie „najlepszym w Europie”. Minister zdrowia podkreśliła, że zależy jej, aby ustawa jak najszybciej weszła w życie. Współpracuje w tej sprawie z Ministerstwem Sprawiedliwości.

Read Full Post | Make a Comment ( None so far )

STOP MANIPULACJOM – serwis MEDYCYNA TYBETAŃSKA

Posted on 3 kwietnia 2010. Filed under: Chęć zysku w TVN, koncerny, Korupcja, Niebezpieczne, Propaganda medialna, Zero prawdy, Złe Prawo | Tagi: , , |


MIEJMY OCZY OTWARTE I NIE DAJMY SIĘ MANIPULOWAĆ

W miarę rozwoju techniki, ludzie nabrali szacunku do rezultatów badań naukowych. Niestety, różnej maści hochsztaplerzy, kreujący Nowy Porządek Świata, postanowili wykorzystać ów oczywisty respekt wobec dokonań naukowców, dla swoich celów. Pod płaszczykiem jakoby „naukowych” dowodów sugerujących potrzebę wprowadzania tu i ówdzie zmian zaczęli – przekupując naukowców, zastraszając, bądź wymyślając swoich naukowców – systematycznie zniewalać ludzi, używając nauki jako oręża w walce ze społeczeństwami.

1) Wymyślono ADD u dzieci, by je już od dzieciństwa szpikować jakimiś depresantami – jednocześnie utajniając statystyki tych ośrodków badawczych, które podają jak duży procent tychże dzieci, dokonuje po latach niesamowitych przestępstw i zbrodni. A wystarczyłoby starym zwyczajem, dla rozładowania emocji u dzieci, nie zmuszać ich do przebywania przez 7 godzin w szkole albo i dłużej, wprowadzić przerwy międzylekcyjne w szkołach i pozwolić im na zwyczajną gimnastykę. Problem zostałby automatycznie rozwiązany.

2) Nie ma naukowych dowodów na to, że dzieci szczepione masą szczepionek we wczesnym dzieciństwie, są zdrowsze od tych nieszczepionych. Ale „dzięki” temu, medycyna ma okazję „walczyć” z alergiami, astmą, dziećmi autystycznymi i pozbawiać płodności [szczepionka przeciwko rakowi szyjki macicy]. Biznes się kręci, lekarze i rynek farmaceutyczny – zacierają ręce. Żeby zrozumieć problem szczepień, wystarczy tylko popatrzeć na dzieci Amiszów. One nie mają tego typu dolegliwości, gdyż nikt ich nie szprycuje w dzieciństwie truciznami, pod postacią szczepionek. Niestety wyniki tego typu badań są wyciszane, bo ucierpiałby na tym biznes.

3) „Naukowe” dowody na ocieplenie wywołane przez człowieka, przypieczętowane zostały dodatkowo Nagrodą Nobla, dla większego uwiarygodnienia tej ściemy. To jaskrawy dowód na to jak polityka podporządkowała sobie naukę, która powinna być wolna od jakichkolwiek manipulacji.

4) Wprowadza się co chwilę na rynek – jakieś kolejne Viagry pobudzające wigor u staruszka do zawału włącznie, rozdaje się w szkołach za darmo prezerwatywy, wprowadza w szkołach bardzo wcześnie lekcje dotyczące uświadomienia seksualnego, lansuje bezstresowe wychowanie, odsuwa rodzica od własnego dziecka w procesie nauczania by nie znał programu nauczania, bezczelnie obwiesza się bilbordy golizną i prowokacyjnymi ujęciami, aż powstał nowy świetny biznes. Kliniki pomagające wyjść z uzależnienia od seksu. Sytuacja jak nic podobna do Perpetum mobile.

5) Brutalnym i karygodnym posunięciem na drodze zniewolenia ludzkości, była podjęta w ubiegłym roku próba najpierw zastraszenia super grypą, a następnie zmuszenia do zaszczepienia się sporą dawką rtęci. Już wiosną 2009 roku padały z ust wysoko postawionych notabli, konkretne cyfry o liczbie ofiar grypy jesienią. Jak można było takie cyfry przewidzieć? Jeśli miała to być epidemia, czyli coś ze swej natury znajdujące się poza ludzką kontrolą, to żadnej cyfry na zaś podać się nie da. Cyfry te zwyczajnie zaplanowano! A to zmienia postać rzeczy. Głosy uczciwych naukowców przestrzegających przed poddaniem się szczepieniom, czyli masowemu podtruwaniu szczepionką dziś tą, jutro inną, na rozkaz, nawet wbrew woli obywatela, rzekomo dla jego własnego dobra, w ramach New World Order – były wyciszane i przemilczane we wszystkich krajach Europy i Ameryki Północnej. Na szczęście sam Pan Bóg zadbał o to, by ten super przekręt wyszedł na światło dzienne i odwołano pandemię. Teraz ta szczepionka będzie przemycana w sezonowych szczepionkach przeciw grypie. A w interesie mediów na wiadomych usługach, jest niedopuszczenie tej informacji do powszechnej wiadomości.

A przecież aż się prosi by posadzić na ławach oskarżonych – we wszystkich krajach uczestniczących w tej ściemie, setki, tysiące drani, całe to lobby farmaceutyczne, tych kreatorów Nowego, Morderczego Porządku Świata, wszystkich odpowiedzialnych za atak na życie bezbronnych narodów, i to na zasadach aktu oskarżenia z paragrafu – usiłowanie zabójstwa z premedytacją.

A opryski zarazkami cholery nad Ukrainą, to przecież nie żart, tylko fakt historyczny.

Ukarać przykładnie wszystkich tych drani, w iminiu tych wszystkich, których zarażono po to, by reszta świata uległa panice i dała się bezwolnie poprowadzić tam, gdzie zaplanowali nam „możni” tego świata – na rzeź.

Te wszystkie w/w posunięcia były wcześniej oczywiście poprzedzone jakimiś „badaniami” pseudo-naukowców: biologów, chemików, psychologów, socjologów, seksuologów itp. sugerujących potrzebę lansowania i wprowadzania w życie społeczeństw – różnego rodzaju dewiacji tak medycznych jak i społecznych.

Miejmy oczy otwarte na wszystkie manipulacje medialne. Dzielmy się swoją wiedzą z innymi. Internet to świetny sposób na dzielenie się informacjami z wszystkimi, którym dobrze życzymy. Oprócz rozmowy, jest to w tej chwili najefektywniejszy sposób na doinformowywanie się nawzajem. 
Ci od Nowego Porządku Świata
zgrzytają ze złości zębami. Byli tak blisko, o krok. Oni już dawno skreślili nas z listy żywych.

Tadeusz Rzeczycki

Read Full Post | Make a Comment ( None so far )

Stop sprzedaży papierosów nieletnim – dr Enji komentarz

Posted on 29 marca 2010. Filed under: koncerny, lekarz Enji, lekarz Enkhjargal Dovchin, papierosy | Tagi: , |


  • Dziennik Zachodni/Rynek Zdrowia
  • 2010-03-28 08:56:00

W najbliższych dniach sprzedawcy wyrobów tytoniowych mogą spodziewać się kontroli w ramach akcji STOP18!

Straż miejska i policja będą sprawdzać sklepy, które znalazły się na czarnej liście punktów handlowych , w których nieletni nie mają problemu z kupnem papierosów. Lista zawiera adresy 1924 sklepów w całej Polsce.

Czarna lista jest wynikiem badań, przeprowadzonych przez ankieterów SMG/KRC  w ramach Programu Odpowiedzialnej Sprzedaży STOP18! Ankieterzy sprawdzali dostępność do papierosów przez nieletnich w 47 miastach kraju.

// <![CDATA[
//<![CDATA[
var m3_u = (location.protocol=='https:'?'https://a.ptwp.pl/delivery/ajs.php&#039;:'http://a.ptwp.pl/delivery/ajs.php&#039;);
var m3_r = Math.floor(Math.random()*99999999999);
if (!document.MAX_used) document.MAX_used = ',';
document.write ("”);
//
// ]]>

Na czarnej liście miast wojewódzkich przodują Poznań, Kraków i Warszawa, gdzie u ponad 70 proc. sprzedawców udało się ankieterom kupić papierosy.

Za sprzedaż papierosów osobom niepełnoletnim handlowcom grozi mandat 500 zł lub grzywna do 5000 zł. Po zmianie prawa z września 2009 r., 500 zł mandatu ma prawo nałożyć bezpośrednio w punkcie sprzedaży nawet strażnik miejski.

Każdego roku w Polsce po paierosa sięga prawie 200 tysięcy nieletnich. To oznacza, że dziennie przybywa niemal 500 palaczy poniżej 18. roku życia, mimo dobrych przepisów o zakazie ich sprzedaży osobom niepełnoletnim.

Komentarz dr Enji:

Dlaczego za papieroski nie chcą się zabrać nasi posłowie. Ponieważ duże firmy tytoniowe już o to odpowiednio zadbały przekonując ich finansowo do takiej, a nie innej postawy. Dodam tylko, że papierosy i alkohol to główne powody śmierci z powodu raka płuc lub raka żołądka. Koncerny nie biorą za takie działania żadnej odpowiedzialności. Papierosy zdaniem FDA są na pierwszym miejscu jako główny czynnik nadciśnienia u ludzi.

Read Full Post | Make a Comment ( None so far )

  • Google Translator

  • STOP kłamstwu tvn!

    STOP TVN, TVN24, POLSAT I WYBIÓRCZEJ - stop zakłamaniu w mediach masowych
  • Chroń medycynę naturalną/ Protect natural medicine all over the world
  • Podpisz petycję w obronie medycyny naturalnej i tradycyjnych systemów medycznych
  • Medycyna Tybetańsko-Mongolska, Akupunktura, Moksa, Ziołolecznictwo na PINTEREST.COM
  • Polub nas na FB

  • Instagram prof Enji

    There was an error retrieving images from Instagram. An attempt will be remade in a few minutes.

  • Artykuł o nagonce

  • Czwarty Wymiar o nagonce medialnej

    Artykuł w "CZWARTYM WYMIARZE" o nagonce medialnej na lekarkę Enkhjargal Dovchin "ENJI"
  • Artykuły w „ZC”

    Znaki Czasu - to obecnie jedyne czasopismo, które ma odwagę pisać jawnie o najważniejszych sprawach dotyczących zdrowia ludzkiego czyli Kodeksie Żywnościowym, Szczepieniach oraz alternatywnych metodach leczniczych.
  • MTM in Poland

    Mongolska Tradycyjna Medycyna w Polsce - MTM in Poland
  • LIST OTWARTY

    LIST OTWARTY PUBLICYSTÓW W OBRONIE TOLERANCJI I WOLNOŚCI WYKONYWANIA ZAWODU
  • Chmurka kategorii

  • Ankiety

  • Szybkie menu

Liked it here?
Why not try sites on the blogroll...