Sprzedajni dziennikarze

Zabójcza medycyna naturalna – czy terapie witaminowe są szkodliwe? – komentarz prof. Enkhjargal Dovchin

Posted on 5 września 2010. Filed under: dr Enji, enji, gabinet medycyny naturalnej, lekarka mongolska, lekarz Enji, lekarz Enkhjargal Dovchin, medycyna chińska, medycyna mongolska, medycyna tybetańska, mongolska lekarka, nagonka medialna, racjonalista.pl, rasizm, sklepy zielarsko medyczne, Sprzedajni dziennikarze, zabójcza medycyna, zioła chińskie, zioła mongolskie, łapówkarstwo policjii | Tagi: , , , , , , , , , , |


Czy witaminy są zabójcze i dla kogo?

Dr Aleksandra Niedzwiecki
Dyrektor Instytutu Naukowego Dr Ratha, Santa Clara, Kalifornia
Kwiecień 2008

Wiele osób może być zaskoczonych ostatnią nagonką skierowaną przeciwko suplementacji witaminami w telewizji, czy też na polskich stronach internetowych (np. TVN24.pl, onet.pl, „Wiadomości” TVP1). Dlaczego po ponad roku od opublikowania badania grupy naukowców z Serbii, Danii i Włoch (JAMA, 28 luty 2007) właśnie dzisiaj media odwołują się znów do wyników tych badań pod dramatycznymi tytułami: „Zabójcze witaminy..”, czy „Naukowcy: witaminy mogą skracać życie”?

Każdy z nas wie, że najskuteczniejszą metodą manipulacji opinii ludzi jest strach i ta metoda została wybrana przez środki masowego przekazu. Jest to szczególnie niepokojące, gdyż ok. 54% Polaków używa multiwitamin i nieuzasadniona panika może prowadzić do uszczerbku na ich zdrowiu i nawet życiu. Szczególnie, że informacja „odgrzana” przez tzw. Cochrane Collaboration i szerzona w Polsce nie służy ani poprawie zdrowia społeczeństwa, ani też nie bazuje na rzetelnej i obiektywnej informacji naukowej.

W tym dokumencie chciałabym przedstawić niektóre aspekty związane z tą akcją.

1. Przyjrzyjmy się dokładniej pracy badawczej nad witaminami tak opublikowanej przez Cochrane Collaboration

Praca przedstawiona przez Cochrane Collaboration w kwietniu tego roku nie jest rezultatem najnowszych przeprowadzonych „testów”, ale powieleniem wcześniejszych danych opublikowanych przez tych samych autorów w czasopiśmie JAMA w lutym 2007 roku (tom 297). Badania te zawierały wiele nieprawidłowości, które autorzy skorygowali w jednej z nastepnych edycji JAMA (tom 299).

Przedstawiona praca nie jest badaniem klinicznym, ale tzw. meta-analizą, czyli statystyczną ewaluacją dostępnych publikacji różnych badań klinicznych z użyciem witamin i przedstawioną jako pojedyncze badanie. Spośród 815 badań obejmujących suplementacje witaminą A, witaminą E, beta karotenem, witaminą C i selenem autorzy z Serbii, Danii i Włoch autorytatywnie wybrali tylko 68 do swojej analizy opublikowanej w 2007 roku, a do opublikowanej obecnie – wybrano 67 badań. Spośród tej małej grupy danych, kolejne wyselekcjonowane przez nich badania (47), prowadzone na osobach cierpiących na różne choroby, wskazywały, że dodatek dietetyczny beta karotenu, witaminy A lub E zwiększa śmiertelność o 5%. Z drugiej strony pozostałe 21 badań (wersja 2007 roku) wykazało odwrotny skutek, mianowicie że suplementacja tymi mikroelementami zmniejsza śmiertelność o 9%. Z powodu subiektywnej i nie sprecyzowanej selekcji badań użytych do tej analizy, autorzy wykluczyli duże i dokładnie kontrolowane badania dokonane w prowincji Linxian w Chinach i badnia IGSSI Prevenzione we Włoszech. Badania w Chinach wykazały, że suplementacja beta karotenem, witaminami: A, C, E i selenem zmniejsza śmiertelność o 6% (Journal of the National Cancer Insitute), podczas gdy badania kliniczne we Włoszech (opublikowane w czasopismie medycznym Lancet) wykazały o 8% zmniejszoną śmiertelność przy suplementacji witaminą E. Dlaczego wyniki tych badań zostały zignorowane? Badania te zostały zaakceptowane w czołowych publikacjach naukowych w USA i Anglii, co jednak nie było wystarczającym kryterium dla autorów tej meta-analizy. Włączenie tylko tych dwóch dobrze kontrolowanych badań całkowicie zmieniłoby końcowy wniosek autorów. Jednakże autorzy dokonali już wyboru, który udowodniłby wynik, jaki chcieli otrzymać. To nie jest nauka – to jest manipulacja.

Dodatkowe problemy tej analizy:

* w wybranych przez naukowców 47 badaniach pacjenci ze zdiagnozowanymi różnymi chorobami (choroby serca, Parkinsona, choroby oczu, przewodu pokarmowego, wątroby, rak skóry itp.) przyjmowali witaminy i jednocześnie kontynuowali terapie lekami, co oczywiście miało zróżnicowany wpływ na końcowy wynik. Co więcej – w przypadku wielu z tych badań – pacjenci brali nie tylko analizowane witaminy, ale przyjmowali równocześnie inne przeciwutleniacze, zioła, suplementy diety lub dodatkowe różne leki (antybiotyki, leki przeciwko wrzodom żołądka, statyny i wiele innych), co również może maskować lub zmieniać końcowy wynik. Połączenie tak różnych badań nie daje pewności, czy wynik końcowy jest rezultatem brania jednej wybranej substancji, czy interakcji z innymi witaminami, lub też lekami.
* chociaż wybrano do analizy mikroelementy o właściwościach przeciwutleniaczy, żadne z tych badań nie testowało rozmiaru stresu oksydacyjnego przed i po braniu tych witamin. To tak jakby testowano środki na obniżenie ciśnienia nie mierząc go ani przed ani po rozpoczęciu kuracji.
* dawki suplementów w badaniach wybranych do analizy skrajnie się różniły, jak również czas ich brania, np. włączono do analizy badania zarówno dawki z użyciem 10 IU witaminy E, co jest poniżej dziennej rekomendowanej dawki (RDA = 22 IU), jak i z użyciem 5000 IU dziennie. Podobnie witamina A była podawana w ilościach 1333 IU (rekomendacja dzienna jest 2333 IU dla kobiet i 3000 IU dla mężczyzn ), jak również w dawkach 200 000 IU (maksymalny limit jest 10 000 IU), gdzie powszechnie wiadomo, że wysokie przedawkowanie witaminy A niesie działania uboczne. Nie trzeba być naukowcem, by spodziewać się innych efektów w zależności od dawki. Nawet więcej – traktowano tak samo rezultat brania witaminy przez 1 dzień (!), przez 28 dni, czy 14 lat!. Nie trzeba mieć dyplomu naukowego, by zrozumieć, że efekt np. picia szklanki mleka dziennie będzie inny po 1 dniu i po 14 latach – jednak dla autorów tej publikacji nie robi to różnicy. Co więcej, to tak jakby nie brać pod uwagę różnicy między piciem jednej szklanki mleka i kilkunastu litrów dziennie.
* śmiertelność pacjentów w różnych badaniach była rozpatrywana, jako wynik suplementacji witaminami, chociaż przyczyny śmierci były skrajnie różne. Włączały one zarówno śmierć z powodu choroby serca, raka, złamania biodra, jak i śmierć w wypadkach i z powodu samobójstwa. Jeżeli witaminy zwiększałyby ryzyko śmierci – powinno to być zaobserwowane przynajmniej w niektórych badaniach klinicznych i takie badania byłyby przerwane. Nic takiego nie miało miejsca w przeprowadzonych badaniach. Co więcej, wszystkie badania z zastosowaniem witaminy E (54 badań) i beta karotenu (24 badania) nie wykazały żadnego wpływu na śmiertelność, a do tego suplementacja selenem wskazała na statystycznie potwierdzone obniżenie śmiertelności.

Badania te były bardzo krytykowane przez wielu naukowców, lekarzy i specjalistów w dziedzinie żywienia, o czym artykuły skromnie milczą. Wśród krytyków była również Dr Bernardine Healy, poprzednio dyrektor Naukowego Instytutu Zdrowia w USA (NIH ), a obecnie dyrektor zarządu Czerwonego Krzyża i członek Prezydenckiego Komitetu Doradców w Sprawach Nauki i Technologii. Jej komentarz dotyczący badań opublikowanych w JAMA mówił, że: „Miksując tak różne badania w jedno ogromne badanie obejmujące 232 606 pacjentów i prowadząc do tak upraszczającego i zaskakującego wniosku jest bez sensu. Oczywiście statystyki mogą udowodnić wszystko. Ale to badanie zaprzecza podstawowym zasadom meta-analizy. Porównywane badania muszą być podobne. Znaczy to, że należy porównać „jabłka do jabłek”, co w tym przypadku znaczy – przynajmniej dobrać podobnych pacjentów, porównywalne dawki suplementów i podobny czas ich brania. Podstawowym pytaniem, jakie musimy sobie zadać przed zaakceptowaniem takiego badania jest, czy selekcja poszczególnych badań opiera się na zdrowym rozsądku i czy ma sens z punktu racjonalnego i medycznego. W obu przypadkach te zasady zostały pogwałcone.”

2. Ignorancja faktów na temat wpływu witamin na nasze zdrowie

Musimy zdać sobie sprawę z faktu, że badania kliniczne z zastosowaniem suplementów mają różne ograniczenia. To nie jest badanie pojedynczego leku, substancji obcej dla naszego organizmu i metabolizowanej jako toksyna. Mikroelementy są niezbędnym składnikiem metabolizmu każdej komórki naszego ciała i co więcej są one obecne zarówno w czasie, jak i przed rozpoczęciem testu, jako składniki codziennej diety, co oczywiście zmniejsza impakt statystycznej ewaluacji ich działania.

Jednocześnie od prawie stulecia nauka i praktyka wskazują na ogromny pozytywny wpływ witamin, minerałów i innych niezbędnych składników odżywczych na funkcję naszego ciała. Informacje te są udokumentowane w podręcznikach biologii i medycyny, jak i zawarte w licznych publikacjach badań klinicznych i naukowych. Szereg badań z udziałem dziesiątków tysięcy pacjentów wykazało pozytywny wpływ suplementacji na jakość i długość naszego życia. Również badania naukowe wskazują, że wyższe niż RDA dawki witamin mogą pozytywnie modulować metabolizm organizmu nawet przy zmianach genetycznych, czy też selektywnie zabijać komórki rakowe.

Dziewięć nagród Nobla zostało przyznanych za badania w dziedzinie witamin i ich wpływu na zdrowie, niestety kontynuacja tego kierunku badań ustąpiła miejsce badaniom w kierunkach farmakologicznych. Dokonane w ostanich latach odkrycia naukowe Dr Ratha i potwierdzona w pracach naszego Instytutu skuteczność działania medycyny komórkowej otwierają możliwości naturalnej kontroli wielu chorób, włączając w to choroby serca, nowotworowe, osteoporozę, czy też wzmacnianie obrony immunologicznej.

3. Jaki jest cel popularyzacji pseudo-naukowych badań dyskredytujących medycynę naturalną?

Publiczne kampanie na temat szkodliwości witamin przeczą logice, podstawom wiedzy naukowej i praktyce, jednakże pozwalają ich sponsorom osiągnąć jeden cel: sianie wątpliwości w skuteczność działania substancji naturalnych, których stosowanie konkuruje z rynkiem leków. Witaminy nie są patentowalne, w związku z tym nie zapewniają tak wysokich zysków, jak substancje chemiczne (leki), które chronione patentami są źródłem miliardowych dochodów liczonych w dolarach lub euro dla ich producentów. Co więcej, leki generują wiele niepożądanych działań ubocznych prowadząc do nowych schorzeń i tym samym zwiększając zapotrzebowanie na coraz to nowe leki. Tymczasem witaminy i inne substancje odżywcze mogą usuwać źródła chorób prowadząc do ich eliminacji, a w związku z tym zawężają rynek zbytu na leki.

Taktyka siania wątpliwości w skuteczność suplementacji witaminami nie jest nowa. Przemysł tytoniowy używał jej efektywnie przez dziesiątki lat sponsorując i popularyzując badania, których celem było i jest podważanie związku między paleniem papierosów i rakiem płuc, czy innymi chorobami. Wbrew zdrowemu rozsądkowi, ale… używając naukowych metod i oczywiście ogromnej machiny marketingowej kształtującej opinię publiczną. Nie jest tajemnicą, że firmy farmaceutyczne przeznaczają ogromne sumy na finansowanie ekspertów i badań w celu obrony i powiększania swoich zysków komercyjnych. Dzisiaj zarówno metody, jak i zakres działania tej propagandy w mediach dotyka nas na każdym kroku, grając na naszej podświadomości i stosując inne metody manipulacji opinii publicznej.

Dla wielu osob Cochrane Collaboration nie jest dobrze znaną instytucją. Zgodnie z informacją dostępną na stronach Internetowych jest to organizacja przedstawiająca się, jako nie bazująca na proficie i niezależna. Skąd więc pochodzą jej fundusze? Organizacja ta jest wspierana finansowo przez wydawnictwo John Willey & Sons (czołowy wydawca czasopism i publikacji z dziedziny medycyny, nauki i techniki), jak również przez fundusze rządowe i pochodzące od prywatnych organizacji. Dyskusja nad opracowaniem zasad dotacji i utrzymaniem niezależności od dawców (włączając w to firmy farmaceutyczne) została w tej organizacji zainicjowana dopiero w końcu 2003 roku pod wpływem różnych głosów krytycznych. Dopiero w kwietniu 2006 przedstawiono nowe zasady sponsorstwa, co wskazuje, że nie był to łatwy proces. Jednakże realizacja tych zasad nie jest ani gwarantowana ani skutecznie kontrolowana.

Cochrane Collaboration została założona w 1999 roku, czyli po około roku od założenia Instytutu Naukowego Dr Ratha w Kalifornii i w 7 lat po opublikowaniu kluczowych prac naukowych przez Dr Ratha i Linusa Paulinga na temat odkryć w dziedzinie naturalnej kontroli źródła chorób serca i rozsiewu raka w organizmie. Nasz cel – budowa nowego systemu opieki zdrowotnej bazującego na naukowo udokumentowanych naturalnych metodach i rozwój kierunków badań prowadzący do obniżenia i eliminacji chorób, a nie maskowania ich symptomów, był ogólnie znany od samego początku. Oponenci tego celu, czyli biznes bazujący na ekspansji chorób, zdawali sobie sprawę, że by kontynuować działanie muszą dyskredytować lub hamować dostęp do tej informacji. Organizacje o tzw. „niezależnym” charakterze czy tzw. „eksperci naukowi” często budujący swoje kariery na finansowym sponsorstwie ze strony biznesu farmaceutycznego odgrywają dużą rolę w tym procesie.

4. Dlaczego te znane już od roku wyniki badań zostają propagowane w teraz?

Wiedza na temat medycyny komórkowej odbija się coraz szerszym echem w Polsce. Dyskusje na ten temat odbywają się na stronach Internetowych, w salach wykładowych i prywatnych mieszkaniach. Coraz więcej ludzi rozumie, że zdrowia nie mierzy się ilością zrealizowanych recept, ale odpowiednią dietą, stylem życia i suplementacją witaminami w dawkach opartych na synergistycznym działaniu ich składników.

Coraz więcej ludzi nie chce zaakceptować, że ich zdrowie to źródło miliardowych dochodów i ogromny, globalny biznes. Ma to swoje konsekwencje. Zasady maksymalizacji zysków, a nie społeczna, czy indywidualna wartość odkrycia decydują o wyborze kierunków badań naukowych. W związku z tym promowane są te dziedziny, które wiodą do rozwiązań patentowych. Jako takie – przemysł farmaceutyczny inwestuje miliardy w rozwój lekow, przemysł żywieniowy buduje swoje zyski na GMO, czy biotechnologia na rozwoju terapii genowej. Nie ma tu miejsca i funduszy na rozwoj kierunków promujących witaminy, mineraly, czy naturalne sunstancje, których nie można patentować, a które mają niezaprzeczalne wartości dla zdrowia i obniżenia kosztów opieki zdrowotnej.

Od lat nasz Instytut prowadzi badania naukowe i kliniczne, które dokumentują kluczową rolę synergii substancji naturalnych w chorobach raka, serca i innych. Działalność edukacyjna Koalicji Dr Ratha i walka w obronie praw do naturalnej medycyny ma zakres globalny. Jej osiągnięcia zostały w zeszłym roku nagrodzone największej wagi uznaniem przez tych, co przeżyli KZ Auschwitz. Przekazali oni naszej organizacji pałeczkę Sztafety Pamięci i Życia – by utrzymać dla przyszłych pokoleń pamięć o zbrodniczej działalności korporacji IG Farben (zrzeszającej również firmy farmaceutyczne Bayer, BASF i Hoechst), jako ostrzeżenie, że historia ta może się powtórzyć. To wydarzenie nie mogło ujść uwagi.

Wytworzenie klimatu, w którym ludzie obawiają się witamin pomaga zalegalizować prawa ograniczające nasz dostęp do mikroelementów, mimo ich niezbędności dla utrzymania zdrowia i życia. Dyskusja nad nową legalizacją związaną z witaminami jest w tej chwili w toku w Polsce.

Obecna kampania przeciwko suplementacji witamin pozwala nam zdać sobie sprawę, że zdrowie nie zostanie nam dane dobrowolnie – o zdrowie musimy walczyć sami. Atak na witaminy to uznanie skuteczności naszego działania – więcej witamin może skrócić życie biznesowi chorób, ale nie nam.
Komentarz Zespołu Medycyna Tybetańsko-Mongolska

Medycyna Naturalna, a w szczególności medycyna tradycyjna chińska, medycyna mongolska, medycyna tybetańsko-mongolska jest obecnie na ostrzu noża wielkich koncernów farmaceutycznych. O tej sytuacji mówi też słynna na świecie organizacja ANH z Anglii pod kierownictwem dr Roberta Verkerka. Najaktualniejsze stanowisko organizacji i gabinetów medycyny naturalnej w tym też lekarzy medycyny tradycyjnej znajdą państwo w dokumencie:

http://www.anh-europe.org/files/100824_ANH-Briefing_Paper_THMPD_final.pdf

prof. Enkhjargal Dovchin

http://www.enji.pl

Read Full Post | Make a Comment ( None so far )

Komu służy ekspert?

Posted on 2 kwietnia 2010. Filed under: dr Enji, lekarz Enji, lekarz Enkhjargal Dovchin, Sprzedajni dziennikarze, Zero prawdy | Tagi: , , |


Światem rządzą eksperci. Podpowiadają politykom najważniejsze decyzje; objaśniając rzeczywistość, kreują zagrożenia albo je bagatelizują.

Świat stał się zbyt skomplikowany, dlatego potrzebujemy ekspertów. Ale jednocześnie – skazani na ich łaskę i niełaskę. Jak wybrnąć z tego zaklętego koła? Zapraszamy do debaty na naszym forum.

Trudno wyobrazić sobie sytuację, że rządy demokratycznych krajów decydują się wydać ogromne pieniądze podatników bez opinii ekspertów. Po ogłoszeniu przez Światową Organizację Zdrowia (WHO) pandemii świńskiej grypy decyzja o masowym zakupie szczepionek wydawała się oczywista – eksperci WHO nie mieli przecież wątpliwości, że zagrożenie jest ogromne. Rządy wielu krajów wydały setki milionów euro na szczepionki, których teraz usiłują się pozbyć. Identycznie postąpił rząd fiński, mający w grupie doradców strategicznych WHO swojego człowieka. Jest nim prof. Juhani Eskola. Tymczasem duńska prasa niedawno doniosła, że kierowany przez niego Fiński Narodowy Instytut Zdrowia i Opieki Społecznej tylko w 2009 r. otrzymał na badania od GlaxoSmithKline, czołowego producenta szczepionek, ponad 6 mln euro i 9 mln dol. Pointą tego skandalu jest fakt, że inni eksperci WHO badający sprawę orzekli, że żadnego konfliktu interesów nie było. Grupa ekspertów WHO, związanych finansowo z koncernami farmaceutycznymi, jest zresztą dużo większa. Zidentyfikowała ją komisja śledcza powołana przez Komisję Europejską.

Prof. Andrzeja Górskiego, wiceprezesa Polskiej Akademii Nauk, próba ukrycia przez WHO skandalu pod dywanem nie dziwi. – W prasie naukowej od dawna już pojawiają się głosy, że autorytety ze Światowej Organizacji Zdrowia lobbują na rzecz przemysłu farmaceutycznego. Przed kilku laty WHO w cudowny sposób rozmnożyła grupę chorych na nadciśnienie wyrokując, że stan, który do tej pory uważany był za zadowalający (ciśnienie 140 na 90), teraz kwalifikuje się do leczenia. Rzesze ludzi, dotąd nieprzyjmujących leków kardiologicznych, ruszyły do aptek.

Wiele naszych sław medycznych też nie dostrzeże w postępowaniu fińskiego kolegi nic nagannego. Przecież nie wziął tych pieniędzy do kieszeni, tylko przeznaczył na rozwój instytutu. Dla dobra nauki, młodszych lekarzy i pacjentów. W świetle badań innych ekspertów postępowanie prof. Eskoli wydaje się mniej oczywiste. Andrzej Górski na jednej z konferencji naukowych prezentował badanie szympansów, które otrzymały cukierka. Małpy poczuwały się do wdzięczności wobec darczyńcy. W przypadku ludzi sprawa wygląda podobnie, a poczucie wdzięczności powoduje coś, co nazwano efektem sponsora. Czyli że o wynikach badań naukowych w znacznym stopniu decyduje ten, kto płaci.

Amerykańskie badaczki Deborah Barnes i Lisa Bero przestudiowały wyniki stu publikacji naukowych poświęconych szkodliwości palenia. Okazało się, że w przypadku artykułów pisanych przez ekspertów sponsorowanych przez przemysł tytoniowy ich autorzy w 94 proc. udowadniali, że bierne palenie jest dla zdrowia nieszkodliwe. Kiedy jednak badania prowadziły osoby niezwiązane z firmami tytoniowymi, w 87 proc. okazywało się, że bierne palenie szkodzi.

Na rodzimym gruncie efekt sponsora wywołał przed laty głośną wojnę masła z margaryną. Naukowcy robiący badania na zlecenie międzynarodowych koncernów, które przejęły polskie zakłady tłuszczowe, zdecydowanie orzekli, że dla naszego zdrowia margaryna jest lepsza. Inna grupa lekarzy żywieniowców, którzy – za pieniądze związku mleczarskiego – potwierdzili zdrowotne walory masła, usiłowała dać im odpór. W rezultacie w głowach konsumentów powstał kompletny zamęt, a medialną wojnę zakończyła śmierć aktora, który reklamował margarynę, zapewniając, iż dzięki niej ma serce jak dzwon. Umarł na zawał.

Eksperci naukowcy

Prof. Sheldon Krimsky z Uniwersytetu Tuftsa w swojej głośnej książce „Nauka skorumpowana?” twierdzi, że tylko nauka finansowana z pieniędzy publicznych może pozostać niezależna. W USA, gdzie coraz więcej badań finansuje biznes, ta niezależność zaczyna być niepokojąco problematyczna. Prof. Andrzej Górski uważa, że jeszcze gorzej może być w Polsce. Koncerny farmaceutyczne na badania kliniczne w naszym kraju wydają już kilka miliardów euro rocznie – to kilka razy więcej, niż wynosi budżet Ministerstwa Nauki.

Kłopot polega na tym, że trudno odpowiedzieć na pytanie, czyim interesem kierują się badacze? Nauki? Pacjentów? Czy koncernu farmaceutycznego, który za badania płaci? Etycy nie potrafią na nie jednoznacznie odpowiedzieć. Gdyby bowiem badania kliniczne nowego leku prowadzono dla dobra nauki, to ich wyniki byłyby dostępne dla innych naukowców, mogłyby się przyczyniać do rozszerzania ich wiedzy. Tak jednak się nie dzieje, efekt badań jest własnością sponsora i pozostaje tajny. Bywa, że badania się przerywa i wtedy tym bardziej ukrywa przyczynę. A więc dobro nauki jako beneficjenta badań klinicznych raczej nie wchodzi w grę.

Dobro pacjentów też bywa problematyczne. Nie tylko dlatego, że czasem sponsor badacza pogania, gdyż konkurent pracuje nad podobnym lekiem i jeśli zarejestruje go pierwszy, zgarnie z rynku śmietankę. Wątpliwości etyków budzi też fakt, że w niektórych badaniach części pacjentów podaje się testowany lek, a innej grupie – placebo. W Polsce takie badania nie są rzadkością, w innych krajach lekarze zaczynają być im przeciwni.

Mamy coraz więcej przykładów, że lek, który po badaniach klinicznych ogłasza się jako cudowne remedium na jakieś schorzenie, potem okazuje się zabójczy. Jak głośny przed kilkoma laty Viox, który z powodu przypadków śmiertelnych wycofano z rynku, czy kilka specyfików psychiatrycznych, które powodowały u pacjentów skłonności samobójcze. Nie odpowiemy jednak na pytanie, czy można było ich uniknąć, gdyby badania kliniczne nadzorowało na przykład państwo.

Czy to źle, że coraz więcej badań klinicznych przeprowadza się w Polsce? Bardzo dobrze! – odpowiada prof. Andrzej Górski. – Ale nie może być tak, że ja w Internecie mogę znaleźć, jakie badania robi się na myszach, a nie ma informacji o badaniach klinicznych na ludziach. Ani kto, ani gdzie, nie mówiąc już o tym, za ile. Nikt zresztą nie postuluje, żeby ujawniać wysokość zarobków, chodzi o sam fakt gratyfikacji. Każda próba ucywilizowania tego zjawiska spotyka się z histeryczną reakcją badaczy, straszących, że koncerny wyniosą się z badaniami do Chin. W USA koncerny muszą na swoich stronach internetowych pokazywać, z jakimi lekarzami współpracują, w Polsce jest to kwestia ich dobrej woli. Tajemnicą poliszynela jest, że popularni badacze w koncernach farmaceutycznych zarabiają wielekroć więcej niż w klinice, w której robione są badania. Ale ich pacjenci o tym nie wiedzą. Powszechnie znany jest tylko jeden, publiczny, pracodawca. Kiedy więc w mediach ci sami eksperci domagają się, by państwo zapłaciło za lek, na testowaniu którego sporo zarobili, skąd mamy mieć pewność, że kierują się interesem pacjentów, a nie jest to efekt sponsora?

Forum, na którym najłatwiej odwdzięczyć się sponsorowi, są posiedzenia Rady Konsultacyjnej państwowej Agencji Oceny Technologii Medycznych. To tutaj medyczne autorytety decydują, czy rekomendować Ministerstwu Zdrowia wpisanie leku na listę refundacyjną, czyli że za specyfik zapłacą podatnicy. Dla koncernu oznacza to możliwość zarobienia ogromnych pieniędzy. Informacja, czy lekarz usilnie namawiający państwo do wydania pieniędzy na jakiś specyfik nie jest powiązany z firmą, która zarobi na tej decyzji ciężkie pieniądze, wydawała się bardzo istotna. Agencja zażądała więc od ekspertów wypełnienia oświadczenia, że w ich przypadku nie zachodzi konflikt interesów. – Grono ekspertów poważnie się uszczupliło – mówi Wojciech Matusewicz, szef AOTM.

Efekt sponsora utrudnia też funkcjonowanie publicznej służby zdrowia na niższych szczeblach. Kiedy Ministerstwo Zdrowia zaleciło szpitalom, by wyeliminować z przetargów na zakup leków czy sprzętu osoby powiązane finansowo z ich dostawcami, procedura zakupów niesamowicie się wydłużyła. Przetargów nie ma kto rozstrzygać.

Ekspert dwóch panów

Kiedy ekspert jest nie w porządku? Prof. Zbigniew Szawarski, etyk z Uniwersytetu Warszawskiego, ma krótką definicję – wtedy, gdy jest sługą dwóch panów, ale my wiemy tylko o jednym. Nie ma więc nic zdrożnego w tym, że wybitny naukowiec sprzedaje jednocześnie swoją wiedzę np. firmie biotechnologicznej. Konflikt interesów zaczyna się wtedy, gdy te role się mieszają albo też zainteresowany miesza je celowo. Jak Charles W. Thomas, profesor Uniwersytetu Florydy. W specjalistycznym piśmie zamieścił on artykuł, w którym zaprezentował swoje badania na temat recydywy wśród nieletnich skazanych.

Z analizy porównującej pensjonariuszy więzień prywatnych i publicznych wynikało, że nieletni odbywający karę w więzieniach prywatnych rzadziej stają się recydywistami. Wyniki tych badań stanowiły argument wspierający inicjatywy zmierzające do przekształcenia państwowych więzień w prywatne instytucje komercyjne.

Socjologom przyglądającym się badaniu wydawało się ono tendencyjne. Thomas byłych więźniów obserwował tylko przez rok, tymczasem większość przypadków recydywy pojawia się po 6-10 latach od odbycia kary. Okazało się, że autor badania był związany z Projektem Prywatnego Więziennictwa i zarobił na nim ponad 25 tys. dol. U nas nie ma wprawdzie prywatnych więzień, ale właśnie pojawił się pomysł sprywatyzowania Służby Granicznej na lotniskach. Warto przyglądać się, czy nie zostanie poparty jakimiś naukowymi dowodami na większą skuteczność ochroniarzy sprawdzających bagaże pasażerów. Niewykluczone, że będą to autorytety zagraniczne.

Naukowców-biznesmenów jest coraz więcej. W Ministerstwie Zdrowia twierdzą, że NFZ chętnie zakontraktowałby więcej procedur medycznych w renomowanym Instytucie Matki i Dziecka, do którego pacjentom bardzo trudno się dostać. Kłopot w tym, że nie zależy na tym samemu Instytutowi, który nie wykonuje nawet obecnych kontraktów. Zarabia bowiem nie na leczeniu, ale na rekomendacjach. Czyli na tym, żeby producenci różnych wyrobów dla dzieci mogli napisać na opakowaniu albo pochwalić się w reklamie telewizyjnej, że „danonki polecane są przez Instytut Matki i Dziecka”. Ile muszą za to zapłacić? – Umowy negocjowane są indywidualnie, zależą m.in. od tego, czy firma jest duża, czy mała – mówi pracownik IMiD. Producentom bardzo zależy na rekomendacjach, dla nich podparcie się marką Instytutu także przekłada się na pieniądze. Biznes robią obie strony, a chorzy nie mają o tym pojęcia.

Narzekamy, że polska nauka tak rzadko współpracuje z przemysłem, chyba jednak nie o taką współpracę powinno chodzić. Mali pacjenci, którzy z braku miejsc nie mają szans leczyć się w renomowanej publicznej placówce medycznej, nawet nie wiedzą, że powoli przestają być racją jej istnienia.

Eksperci akwizytorzy

Od kilku lat w polskich mediach pojawiają się eksperckie teksty znanych ekonomistów, ale do tytułu naukowego autora dodaje się nazwę jednej z kilku globalnych firm konsultingowych. Teksty są ciekawe, a merytoryczną wiedzą ich autorzy biją na głowę dziennikarzy. I można by się było tylko cieszyć, gdyby nie to logo. Dla czytelnika o wiarygodności eksperta świadczy jego tytuł naukowy i, ewentualnie, nazwa uczelni, w której prowadzi badania. Ale to nie publiczna uczelnia pojawia się w podpisie, tylko prywatny pracodawca. Intrygujące. – To eksperci akwizytorzy – stwierdza osoba z kręgów rządowych, która woli nie ujawniać swojego nazwiska.

– Rola partnera w firmie konsultingowej jest ściśle określona – uzasadnia swoją opinię mój rozmówca. – Ma zdobyć dla swojej firmy klientów, którzy sporo zapłacą za jej usługi, wiadomo, że doradztwo „wielkiej czwórki” słono kosztuje. Jeśli partner nie zdobywa klientów, przestaje być partnerem. Wielka aktywność medialna kilku znanych ekonomistów służy właśnie temu. Mój rozmówca ma dostęp do informacji, o których nie wie czytelnik. Nie jest więc do końca przekonany, że teksty pokazujące na przykład tragiczny stan polskiej nauki dyktowane są tylko obywatelską troską popularnego ekonomisty. – Po serii publikacji Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego zamówiło w firmie doradczej, w której ich autor jest partnerem, strategię rozwoju polskiej nauki. Wartość zlecenia wynosi kilka milionów złotych.

Znany ekonomista jest teraz współautorem wielu tekstów, domagających się od rządu radykalnych reform. – Zabiega o następne zlecenie? – złośliwie komentuje mój rozmówca.

Medialna obecność w charakterze eksperta może być warta dużych pieniędzy, więc warto o nią zabiegać. Słuchacze czy czytelnicy mają do ekspertów zaufanie, są pewni, że opinie, które wygłaszają, wynikają z głębokiej wiedzy i podyktowane są troską o interes wspólny, warto się nimi kierować. Czasem eksperci jeżdżą po bandzie i wtedy przestajemy im ufać. Jak temu, który uparcie zapewniał w gazetach, że mieszkania będą drożeć, kiedy ceny już leciały w dół. Pomylił się? Nie, jest prezesem wielkiej firmy deweloperskiej i po prostu zabiegał o jej interesy. Przedstawiano go jednak nie jako biznesmena, ale eksperta.

Czasem ekspert z roli akwizytora próbuje wyjść z twarzą. Medyczny autorytet przyjmuje zaproszenie do wygłoszenia referatu dla młodszych lekarzy na temat jakiegoś schorzenia i leczącego go leku. Stara się nawet nie wymieniać jego nazwy. Pieniądze za wykład płaci mu firma PR, która spotkanie zorganizowała, dopiero jej zleceniodawcą jest koncern farmaceutyczny. Rozwieszone reklamy nie pozostawiają jednak słuchaczom wątpliwości, o jaki lek chodzi.

Eksperci od reumatyzmu i zaburzeń snu biorący udział w społecznej kampanii „Szlachetne zdrowie” także nie czuli się akwizytorami. Wszelkie pozory zostały zachowane. Współorganizatorem kampanii były uniwersytety trzeciego wieku, których słuchacze często cierpią zarówno na reumatyzm, jak i kłopoty ze snem. Lekarze zaś wyjaśniali, jak można je łagodzić. Niemałe znaczenie ma w tej sprawie pościel, w której śpimy. Sponsorem społecznej kampanii była firma Lama Gold, handlująca wełnianą pościelą „rehabilitacyjną”, zaś uczestnicy uniwersytetów trzeciego wieku docelową grupą jej klientów. – W trakcie wykładów pościeli nie oferowaliśmy – zapewnia były organizator kampanii. Efekty w postaci wzrostu sprzedaży miały się pojawić później.

Eksperci chałturnicy

Granicę między akwizycją a chałturą przechodzi się płynnie i, wbrew pozorom, chałtura nie oznacza wcale mniejszych pieniędzy. Zdaniem prof. Andrzeja Sławińskiego, członka odchodzącej właśnie Rady Polityki Pieniężnej, największa chałtura ostatnich lat stała się przyczyną obecnego kryzysu finansowego. – Renomowane światowe agencje ratingowe, oceniające wiarygodność instrumentów finansowych, najwyższą ocenę (AAA) dały obligacjom CDO emitowanym przez instytucje parabankowe – przypomina prof. Sławiński. Po wybuchu kryzysu nazwano je toksycznymi papierami bez wartości. Światowe agencje ratingowe ich nie badały, zadowalając się zapewnieniami emitentów. A oni słono płacili im za ocenę. Chałturnicy wzięli zapłatę za swoją markę.

Chałturnikiem wszech czasów okazał się amerykański prof. Charles Nemeroff, który w latach 2000-2007 zarobił w ten sposób 2,7 mln dol., służąc kilku panom jednocześnie. Ten znany psychiatra był jednocześnie redaktorem naczelnym prestiżowych pism naukowych z tej dziedziny. Jako redaktor sam do siebie pisał listy, w których zamawiał artykuły na temat jednego z leków, produkowanych przez firmę, na której liście płac figurował. Za napisanie jednego artykułu brał 1,5 tys. dol., za zorganizowanie napisania artykułu – 3 tys. dol.

Wykrycie, kto za kim stoi, nie jest wcale łatwe. Przypadek prof. Nemeroffa nie powinien był się w ogóle zdarzyć, prawo nakazywało mu bowiem każdy zarobek powyżej 10 tys. dol. rocznie zgłosić władzom macierzystej uczelni. Zapomniał. Wpadł na skutek pogromu skorumpowanych naukowców, jaki zorganizował senator Charles Grassley.

Grupa innych chałturników, zwanych ghostwriters, wpadła niedawno w USA na skutek procesu. Wytoczyła go liczna grupa Amerykanek, które zachorowały m.in. na raka piersi i przyjmowały lek, o którym czytały wiele entuzjastycznych artykułów w pismach naukowych. Zażądały odszkodowania od ich autorów, będących przecież autorytetami w medycynie. Dlaczego nie wspomnieli o niebezpiecznych skutkach ubocznych? W sądzie eksperci przyznali, że podpisali swoim nazwiskiem teksty dostarczone im przez producentów leku. Sprzedali nazwisko.

Zachowania poszczególnych ekspertów czy nawet całych środowisk nie muszą wynikać z nieuczciwości. Pismom branżowym czy nawet naukowym linię redakcyjną coraz częściej dyktują reklamodawcy. Konia z rzędem temu, kto w takim periodyku znajdzie artykuł krytykujący żywicieli pisma. Minie trochę czasu, zanim czytelnicy zorientują się, czyj interes pismo naprawdę reprezentuje.

Skandale związane z działalnością ekspertów biorących pieniądze od kilku panów wybuchają na całym świecie – nasz kraj wydaje się oazą spokoju. Zdaniem etyka prof. Zbigniewa Szawarskiego jest to spokój złudny. Jest członkiem komisji bioetycznych, których zadaniem jest m.in. pilnowanie prawidłowości badań klinicznych. Tymczasem badacze ujawniają komisjom tylko to, co chcą, a najczęściej chcą niewiele. Wyniki badań są przecież własnością sponsora, niekorzystne dla leku informacje są utajniane. Zdarzają się przypadki, że jeden naukowiec prowadzi jednocześnie aż 64 badania, a w komisji zasiada członek lub szef zespołu badawczego. Typowy konflikt interesów.

Nie da się go uniknąć. Nie można mieć pretensji, że ktoś, kto zdobył ogromną wiedzę w danej dziedzinie, zamienia ją na pieniądze. – Ale trzeba, żeby robił to jawnie – twierdzi prof. Andrzej Górski. Jeśli ktoś lobbuje za wpisaniem jakiegoś specyfiku na listę refundacyjną, niech poda, ile zarobił w koncernie, który stanie się beneficjentem. Podobnie ktoś, kto w interesie przyszłych emerytów optuje za konkretnymi rozwiązaniami w drugim filarze, nie może ukrywać, że bierze, jako członek rady nadzorczej, pieniądze od PTE (powszechnego towarzystwa emerytalnego). Okazać się wtedy może, że przy nazwiskach niezależnych ekspertów pojawi się także długa lista pracodawców. Łatwo się będzie zorientować, czy mamy do czynienia z efektem sponsora.

Czasem jawność likwiduje konflikt interesów w zarodku. Łódzką filmówkę zelektryzowała wiadomość, że jej rektor, znany reżyser Robert Gliński, zaangażował się w tworzenie konkurencyjnej, prywatnej szkoły w Gdyni. Miał nawet obiecać przyszłym studentom praktyki w Łodzi. Od pełnomocnika rektora prof. Jerzego Woźniaka trudno dowiedzieć się, czy taka obietnica rzeczywiście została przez rektora złożona, ale pewne jest, że „na razie nic takiego się nie dzieje”. I o to właśnie chodzi.

Artykuł pochodzi z tygodnika POLITYKA

Read Full Post | Make a Comment ( None so far )

Dziennikarz w Polsce to szycha

Posted on 2 kwietnia 2010. Filed under: dr Enji, enji, lekarz Enji, lekarz Enkhjargal Dovchin, matactwo, oszukana polska, Oszustwa mediów, Sprzedajni dziennikarze, Zero prawdy, Złe Prawo | Tagi: , , , , |


„Dziennikarzy można ukarać tylko za oszczerstwa”

Rozmawiamy z JERZYM NAUMANNEM – Czy dziennikarz powinien ponosić odpowiedzialność karną za ujawnienie informacji ze śledztwa?

Przepisy prawa  karnego są w tej sprawie jednoznaczne i odpowiadają na to pytanie twierdząco. Jednak prawo nie uwzględnia, moim zdaniem, rozmaitych komplikacji, które przynosi życie. Prokuratorzy zwykle rozpatrują rzecz czysto formalnie, pomijając aspekt społeczny, który niejednokrotnie przemawia silniej za ujawnieniem informacji niż interesy wąsko pojętego śledztwa. Co więcej, śledztwa toczą się za długo. Dotyczy to także spraw dziennikarskich.

Czy odpowiedzialność nie powinna spoczywać na osobie, która podała informacje dziennikarzowi?

Taka zasada obowiązuje w modelu brytyjskim. Ale proszę pamiętać, że w Świętej Anglii faktycznie funkcjonuje etyka dziennikarska. W ważnych sprawach państwowych interes wydawcy schodzi na dalszy plan i materiał nie ukazuje się. W ocenie redaktora naczelnego może on zagrażać istotnym interesom Korony. Pierwszą powinnością dziennikarza jest bowiem martwić się o ważkie interesy państwa, a dopiero w dalszej – o interesy swojego wydawcy. Niestety, polscy wydawcy, a także redaktorzy naczelni, ten podstawowy obowiązek lekceważą.

W pierwszej kolejności odpowiedzialność za rozpowszechnianie materiałów ze śledztwa powinien ponosić ten, który je ujawnił. Odpowiedzialność dziennikarza musi być zawsze oceniana ad casu, a więc w ścisłym kontekście konkretnego przypadku. Praktyka w tym zakresie dostarcza wielu przypadków, które uzasadniać mogą postawienie dziennikarza w stan oskarżenia. Bywa też i inaczej. Nie ma jednej reguły – wszystko zależy od okoliczności konkretnej sprawy.

Czy odpowiedzialność karna dziennikarzy powinna w ogóle być dopuszczalna? W innych krajach należy ona do rzadkości.

Tak, powinna być dopuszczalna. Jednak wyłącznie w zakresie oszczerstwa, które jest wyjątkowo paskudnym przestępstwem. Dziennikarz ma bezpośredni dostęp do platformy komunikacji zbiorowej, którą może wykorzystywać w rozmaitych celach. Nie można wykluczyć, że dziennikarz może świadomie i z premedytacją skupić się na wykańczaniu tego, kogo uważa za osobistego wroga, względnie tego, kogo mu wskaże redakcja. To u nas powszechna praktyka.

Czy dziennikarze rzeczywiście stanowią czwartą władzę?

Pozycja mediów z naszym kraju oraz ich faktyczny wpływ na bieg spraw państwowych, społecznych i obyczajowych graniczy z aberracją. Tylko media działają sprawnie i natychmiastowo. Wszelkie inne władze grzęzną w okowach procedur oraz wymagań narzucanych przez prawo.

W Polsce prasa jest władzą nie czwartą, lecz – pierwszą, a pozostałe trzy nie mogą (lub nie chcą) przyjąć tego do wiadomości.

* Jerzy Naumann

adwokat, prezes Wyższego Sądu Dyscyplinarnego Naczelnej Rady Adwokackiej

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Read Full Post | Make a Comment ( None so far )

Jak takie media jak TVN, TVN24, Polsat i Wybiórcza modyfikują prawdę i robią z ludzi idiotów.

Posted on 30 marca 2010. Filed under: Cenzura, Chęć zysku w TVN, dr Enji, enji, Korupcja, lekarz Enkhjargal Dovchin, matactwo, Propaganda medialna, Sprzedajni dziennikarze | Tagi: , , , |


Choć najczęściej nie zdajemy sobie z tego sprawy, niejednokrotnie chcąc osiągnąć wyznaczony cel, oddziałując na innych ludzi korzystamy z technik manipulacji społecznej. Sami też wielokrotnie stajemy się ich podmiotem, a czasem również ofiarą. Najczęściej wymienia się siedem technik manipulacji społecznej:

  1. Technika „drzwiami w twarz”, nazywana również techniką nieproszonego ustępstwa – polega ona na tym, iż początkowo proponuje się osobie spełnienie większej prośby, a gdy ona odmówi oferuje się spełnienie mniejszej prośby, która jednak nigdy nie zostałaby spełniona bez tej większej.
  2. Pułapka ukrytych kosztów – polega ona na skłonieniu osoby do podjęcia jakiegoś działania i ujawnienia jego kosztów, dopiero wówczas, gdy osoba ta podjęła już to działanie lub powzięła odpowiednią decyzję.
  3. Technika „stopy w drzwiach” – polega ona na sprowokowaniu działania wiążącego się z wysokimi kosztami, po uprzedniej prośbie dotyczącej spełnienia czynności, której koszty byłyby znacznie niższe.
  4. Huśtawka emocjonalna – technika ta odwołuje się do demobilizacji umysłowej, jak następuje u osoby w związku z przeżywaniem przez nią pozytywnych emocji.
  5. „A to nie wszystko” i odwrócenie uwagi – technika ta polega na oferowaniu czegoś za określoną cenę i dodaniu do tego czegoś gratis. Takie działanie ma wywołać wrażenie dodatkowej atrakcji oraz osłabić mechanizmy obronne, powstrzymujące od nabycia danej rzeczy, czy skorzystania z danej usługi.
  6. Pułapka znikającej przynęty , odmiana techniki „niskiej piłki” – technika ta polega na nakłonieniu osoby do podjęcia określonego działania obietnicą zysków, która po zaangażowaniu się osoby w to działanie, zostaje wycofana.
  7. Uwikłanie w dialog – w tej technice wykorzystuje się prawidłowość polegającą na tym, iż osoba chętniej ulegnie prośbie, jeśli poprzedzi ją niezobowiązująca rozmowa. Aby technika ta mogła być skuteczna, podjęty dialog musi dotyczyć mało istotnych problemów, a opinie rozmówców muszą być zbieżne.

Manipulacja Wpływ Społeczny to są wszelkie sposoby oddziaływania na jednostkę lub grupę, które prowadzą do mylnego przekonania u osoby manipulowanej, że jest ona sprawcą (decydentem) jakiegoś zachowania podczas, gdy jest ona tylko narzędziem w rękach rzeczywistego sprawcy. Współczesna psychologia społeczna pojęcie manipulacji wiąże ściśle z pojęciem wpływu społecznego. Wpływ społeczny to oddziaływanie w wyniku, którego jednostka, grupa czy jakaś instytucja wywołuje zmiany w sferze poznawczej, emocjonalnej lub behawioralnej człowieka wpływ może być świadomym lub nieświadomym działaniem.Takie formy wpływu społecznego, które nie są dostępne świadomości osoby będącej jego celem nazywamy manipulacją społeczną. Rozumiana w ten sposób manipulacja jest planowym, celowym działaniem, którego autorzy wykorzystując wiedzę o mechanizmach społecznego zachowania się ludzi, wywierają na nich pożądany wpływ w taki sposób, aby nie zdawali oni sobie sprawy z tego, że podlegają jakimkolwiek oddziaływaniom. Zdaniem Podgóreckiego manipulacja zachodzi wszędzie tam, gdzie zdaniem sprawcy (tj. osoby podejmującej manipulację) nastąpiłaby rozbieżność między akceptowanym wzorem zachowania wykonawcy (osoby będącej przedmiotem manipulacji) i podsuwanym mu wzorem zachowania, gdy wykonawca nie został w jakiś sposób ograniczony w swej decyzji. Wg Podgóreckiego to ograniczenie decyzji wykonawcy jest techniką czy sposobem manipulacji.

Codzienne życie obfituje w wiele przykładów i sytuacji, w których ludzie pod wpływem innych osób nieraz zupełnie zmieniają postawy, poglądy czy zachowania. Przykładem takich zachowań jest nacisk wywierany przez formalne i nieformalne grupy na jednostki, które w efekcie zachowują się komformistycznie. W niniejszej pracy omówimy wybrane strategie manipulacji reprezentatywne dla poszczególnych grup tych technik manipulacji, będziemy starały się przybliżyć formy oddziaływania na sferę behawioralną. Pierwsza grupa technik nosi nazwę sekwencyjnych strategii manipulacyjnych. We wszystkich technikach do niej zaliczanych stosuje się następstwo co najmniej dwóch zdarzeń, które występując zawsze w tej samej sekwencji doprowadzają do zamierzonego celu.

Najbardziej znana procedurą tej grupy jest “stopa w drzwiach”. Badania nad efektem “stopy w drzwiach” zapoczątkowali Freedman i Fraser, którzy jako pierwsi opisali i zbadali eksperymentalnie technikę zwiększania uległości polegającą na poprzedzeniu właściwej prośby, tej która jest rzeczywistym celem, a której spełnienie przez daną osobę jest mało prawdopodobne, mniejszą prośbą, która prawie na pewno nie zostanie odrzucona. Człowiek, który bez żadnej presji z zewnątrz spełnia jakieś łatwe do wykonania polecenie dąży do uzasadnienia swego zachowania. Takie osobiste usprawiedliwienie zwiększa prawdopodobieństwo, że w przyszłości człowiek ten spełni kolejne, nawet znacznie większe prośby. Skuteczność strategii “najpierw – mała- potem – duża – prośba” utrzymuje się nawet wtedy, gdy autorami obu próśb są inne osoby i gdy małą oraz dużą prośbę dzieli długi okres. Jednym z warunków zwiększających efektywność omawianej techniki jest prawdopodobieństwo treściowe między prośbami oraz podobieństwo form aktywności podejmowanej w celu jej spełnienia.

Po opublikowaniu przez Freedmana i Frasera wyników ich badań pojawiło się w literaturze psychologicznej szereg eksperymentów badających warunki ograniczające lub zwiększające efektywność techniki stopy w drzwiach. Crano i Sivack do eksperymentu wprowadzili wzmocnienie pozytywne i negatywne. Wyniki ich badań potwierdziły hipotezę, że najwyższy stopień uległości wystąpił w grupie ze wzmocnieniem pozytywnym, najniższy zaś w grupie ze wzmocnieniem negatywnym. Bezpośrednim potwierdzeniem hipotezy o większej efektywności strategii “najpierw – mała – potem – duża – prośba” są wyniki badań przeprowadzonych przez Goldmana i Seevev, którzy w celu zwiększenia efektywności manipulacji połączyli procedurę “stopy w drzwiach” techniką “etykietowania”. Technika etykietowania polega na zwiększeniu prawdopodobieństwa pojawienia się u danej osoby zachowania zgodnego z treścią etykiety przypisywanej jej przez innych ludzi. Wynika to stąd, że jeżeli ktoś postrzegany jest jako dobroczynny, uczciwy to chętniej pomaga innym. Natomiast przypisywanie komuś etykiety negatywnej sprawia, że osoba ta utożsamia się z treścią takiej etykiety.

Kolejnym czynnikiem, który ma wpływ na efektywność techniki “stopy w drzwiach” jest wielkość pierwszej prośby. W wielu badaniach empirycznych wykazano, że jeżeli ta prośba jest zbyt mała, to efekt wzrostu uległości wobec następnych większych żądań nie występuje lub jest wyraźnie słabszy.

Kolejnym czynnikiem wpływającym na skuteczność omawianej techniki manipulacji jest spostrzegana przez człowieka swoboda wyboru przy podejmowaniu decyzji o spełnieniu pierwszej prośby. Wielu badaczy stwierdziło, że jeżeli osoby proszone o coś łatwego do spełnienia sądzą, że podlegają zewnętrznej presji – to dokonują one zewnętrznie atrybucji przyczyn swego zachowania, co blokuje proces autopercepcji.

Kolejny czynnik modyfikujący poziom efektywności “stopy” to dystans czasowy między pierwszą a drugą prośbą. Innym modyfikatorem skuteczności są podobieństwa treściowe między kolejnymi żądaniami. Jednym z najpowszechniejszych przykładów wpływu społecznego w praktyce jest pozyskiwanie datków na różna cele np. charytatywne.

Strategię “stopy w drzwiach” dość często stosują domokrążcy. Jeżeli uda się im namówić klienta, aby kupił jakiś drobiazg, to jest szansa, że jeżeli wejdzie do domu to może uda się mu skłonić klienta, aby kupił coś na czym można zarobić. Naukowcy zajmujący się technikami wywierania wpływu społecznego w swoich badaniach wprowadzili do techniki “stopy w drzwiach” modyfikacją znacznie zwiększającą jej skuteczność. Polegała ona na tym, że między małą a dużą prośbą wprowadzono jeszcze jedno żądanie. Ta technika nosi nazwę “dwie stopy w drzwiach”.

Inna techniką manipulacji, która jest symetrycznym odwróceniem techniki “stopy w drzwiach” jest technika “drzwi zatrzaśniętych przed nosem”, polegająca na tym, że aby skłonić przedmiot do spełnienia dość trudnej prośby, korzystnie jest najpierw sformułować prośbę bardzo trudną. Prośba ta niemal na pewno będzie przez niego odrzucona. Rosną jednak szanse, że spełni on teraz prośbę właściwą od tej, której spełnienia odmówił. Procedura metody “stopy w drzwiach” opiera się na mechanizmie autopercepcji. Natomiast technika “drzwi zatrzaśniętych przed nosem” opiera się najczęściej na regulacyjnym wpływie negatywnych emocji (zwanych poczuciem winy), których źródłem jest odmowa spełnienia pierwszej prośby.

Najczęściej przytaczanym wyjaśnieniem efektywności techniki najpierw – zbyt – dużej – aby – mogła – być – spełniona, a następnie – nieco – mniejszej – prośby, która jest właściwym celem manipulacji, jest regulacyjny wpływ, jaki wywiera na zachowanie ludzi norma wzajemnych ustępstw. Zdaniem wielu autorów ludzie spostrzegają interakcję z innymi, jako sytuację wymiany społecznej, w której obowiązuje zasada “powinno się robić ustępstwa na rzecz tych, którzy czynią je dla nas”. Aby interakcja mogła się rozwijać, jeden z jej uczestników musi uczynić pierwszy ruch, polegający na ustępstwie, na złagodnieniu swoich wymagań czy żądań. Osoba, wobec której poczyniono odstępstwo czuje się zobowiązana do odwzajemnienia tego ruchu przez własne ustępstwo. Podobnie, jak w przypadku efektu “stopy w drzwiach” naukowcy zastosowali technikę polegającą na poprzedzeniu właściwej prośby dwiema prośbami ekstremalnymi, które na pewno nie zostaną spełnione. U podstaw tego postępowania leży założenie, że jeżeli pojedynczy akt ustępstwa w postaci rezygnacji z jednego trudnego do spełnienia żądania na rzecz prośby mniejszej wywołuje napięcie motywacyjne do odwzajemnienia ustępstwa co przejawia się w wyrażeniu zgody na tę mniejszą prośbę, to dwa kolejne ustępstwa ze strony partnera interakcji powinny zwiększyć to napięcie i doprowadzić do wzrostu uległości. Badania te przeprowadzili Goldman i Creason i stwierdzili, że chociaż klasyczna procedura “drzwi zatrzaśniętych przed nosem” jest efektywnym sposobem zwiększania uległości, to jej “podwójna” wersja jest znacznie bardziej skuteczna.

Kolejną techniką manipulacyjną zaproponowaną przez Cialdiniego Cacioppo, Basetta i Millera jest technika “niskiej piłki”. Ta technika jest strategią stosunkowo często stosowaną przez amerykańskich sprzedawców samochodów, którzy podejmują wobec klientów bardzo specyficzne działania, nastawione na zainteresowania wybitnie korzystną ofertą. Polega to na przykład na zaofiarowaniu potencjalnemu nabywcy niezmiernie niskiej ceny, a gdy ten zainteresowany nadzwyczajną okazją odbywa jazdę próbną i deklaruje chęć zakupu pojazdu zaczynają się problemy. Okazuje się na przykład, że samochód z rewelacyjnie niską ceną został już przed chwilą przez kogoś kupiony i zostały tylko auta nieco droższe. Przyczyną, dla której klient zainteresował się samochodem i zdecydował na jego kupno, a mianowicie niska cena została usunięta. Teraz cena jest normalna, a klient wie, że taki samochód bardzo mu się podoba, więc prawdopodobnie nie wycofa się z transakcji i zgodzi się na kupno auta za cenę wyższą niż pierwotna. Psychologiczny mechanizm leżący u podstaw skuteczności “niskiej piłki” określany jest przez Cialdiego jako “poczucie zobowiązania”. Zgodnie z koncepcją Kieslera, jeśli człowiek podejmie jakieś zachowanie w warunkach swobody wyboru i sądzi, że to on sam bez żadnych nacisków z zewnątrz angażuje się w osiągnięcie jakiegoś celu, to zaczyna odczuwać zobowiązanie do kontynuowania działania. Tak więc, jeżeli nawet warunki zakupu zmieniają się, podmiot czuje się zobowiązany do kontynuacji rozpoczętych czynów i realizacji podjętych zamierzeń.

Burger i Petty przeprowadzili trzy eksperymenty, których wyniki pokazały, że “niska piłka” w ich wersji jest techniką bardzo skuteczną (skuteczniejszą od stopy w drzwiach) oraz że mechanizmem pośredniczący we wzroście uległości jest wytwarzanie się relacji między człowiekiem będącym obiektem manipulacji a manipulatorem. Wynika z tego, że istotnym warunkiem efektywności “niskiej piłki” jest to, aby z małą i dużą prośbą zwracała się do człowieka zawsze ta sama osoba. Jeśli jednak drugą prośbę formułowała inna osoba efekty malały. Oznacza to, że “niska piłka” oparta jest przynajmniej w niektórych przypadkach na obligacji do ustępstw wobec konkretnej osoby.

Kolejną strategią zwiększania uległości wobec żądań, które raczej nie zostałyby spełnione w normalnych warunkach jest procedura polegająca na wywołaniu u człowieka poczucia winy za negatywne konsekwencje jego postępowania, a następnie zwrócenie się do niego z prośbą o zrobienie czegoś, co jest właściwym celem manipulacji. Robert Cialdini i David Schroeder zwracają uwagę, że stosunkowo łatwo przychodzi ludziom odmawianie trudnych próśb. Jeśli ktoś zwraca się do nas o coś, co jest bardzo kosztowne materialnie, wymaga od nas dużo czasu, czy jest w inny sposób uciążliwe, to potrafimy podać mnóstwo powodów do odmowy. Zupełnie inaczej jest, gdy dotyczy to łatwej prośby, a to dlatego, że trudno jest znaleźć i podać argumenty jej niespełnienia, odmowa może również rodzić negatywne implikacje dla percepcji samego siebie.

Jeżeli prosimy o małą prośbę spełni ją wiele osób, ale z punktu widzenia interesów proszącego uległość z jaką się spotyka nie jest zbyt ważna, gdyż zapewnia mu ona zbyt małe korzyści. Cialdini i Schroeder proponują, aby zwracać się z komunikatem otwartym nie precyzując, o jak dużą pomoc chodzi, dodając zarazem, że każda oferowana pomoc, nawet najmniejsza jest bardzo cenna i zostanie przyjęta z wdzięcznością. Sens tej odpowiedzi odzwierciedla zwrot “liczy się każdy grosz”.

Techniką manipulacji różniącą się od pozostałych jest technika, której procedura opiera się wyłącznie na poznawczych mechanizmach przetwarzania informacji. Podstawą do stworzenia tej techniki dały wyniki badań Carrolla, które pokazały, że ludzie po wyobrażeniu sobie zajścia pewnych zdarzeń w życiu społecznym zgodnie z dostarczonym im dokładnym scenariuszem zaczynają wierzyć, że zdarzenia te w przyszłości rzeczywiście wystąpią. U osób tych rośnie subiektywne prawdopodobieństwo zajścia zdarzeń, które sobie wyobrażali.

Istnieje wiele sposobów wpływania na zachowanie ludzi w pożądanym kierunku bez zastosowania jakichkolwiek zewnętrznych nacisków. Stosowanie technik wpływu społecznego samo w sobie nie jest niczym nagannym ani złym pod warunkiem, że nie ma charakteru manipulacyjnego. Ich stosowanie jest korzystne dla tych, którzy chcą nas namówić do kupna czegoś, czy skorzystania z jakieś usługi, ale nieuczciwość i manipulacja przynosić mogą ewentualne korzyści tylko przez krótki okres czasu. Trudno bowiem zbudować trwałe więzi społeczne manipulując sobą nawzajem.

ENJI ENJIENJIENJIENJIENJIENJIENJIENJIENJIENJIENJIENJIENJIENJIENJIENJIENJIENJIENJIENJIENJIENJIENJIE

ENJIENJIENJIENJIENJIENJIENJIENJIENJIENJIENJIENJIENJIENJIENJI

Źródło: MobilnyPortalPsychologiczny , Psychologia.XMC.pl

dr ENJI dr ENJIdr ENJI dr ENJIdr ENJI dr ENJIdr ENJI dr ENJIdr ENJI dr ENJIdr ENJI dr ENJIdr ENJI dr ENJI

Read Full Post | Make a Comment ( None so far )

Totalna kontrola finansowa obywateli Grecji

Posted on 27 marca 2010. Filed under: matactwo, nienawiść rasowa, Oszustwa mediów, rasizm, Sprzedajni dziennikarze | Tagi: , |


Opublikowano: 27.03.2010 

STANY ZJEDNOCZONE. Od kilku do ponad 20 mln dolarów zarobili w zeszłym roku prezesi wielkich banków. Prezesi banków Wells Fargo, Credit Suisse i JP Morgan Chase zarobili najwięcej w roku globalnego kryzysu finansowego.

Najwięcej, bo aż 21,3 mln dol zarobił John Strumpf z Wells Fargo. Drugi na liście Brady Dougan z Credit Suisse jest najlepiej zarabiającym bankierem Europy (18,2 mln dolarów). Od tej dwójki „ubożsi” okazali się Jamie Dimon prezes amerykańskiego JP Morgan Chase, który za ubiegły rok zainkasował 16 mln dolarów i szef Deutsche Banku – 12,7 mln dolarów. Następni na liście był Lloyd Blankfein z Goldman Sachs z poborami w wysokości 9,8 mln dolarów. James Gorman z Morgan Stanley, który zarobił 8,1 mln dolarów.

Opracowanie: Tomasso
Źródło: Centrum Informacji Anarchistycznej

Read Full Post | Make a Comment ( None so far )

SŁABA DEBATA SŁABYCH KANDYDATÓW NA PREZYDENTA RP Z PLATFORMY OBYWATELSKIEJ Bronisława Komorowskiego i Radosława Sikorskiego – Filip Stankiewicz

Posted on 22 marca 2010. Filed under: Prawo, Sprzedajni dziennikarze, Zero prawdy, Złe Prawo, łapówkarstwo policjii |


Merytorycznie obaj kandydaci zaprezentowali się słabo. Co minister Sikorski jako szef MSZ zrobił np. w sprawach Litwy za której faworyzowanie słusznie skrytykował marszałka Komorowskiego, Gazociągu Północnego, ambasadorów UE dla Polski? Przykłady dobrej współpracy z Niemcami i Rosją to głównie gesty, a kluczowa sprawa Gazociągu Północnego pokazuje, że te Państwa traktują nas niemal jak swojego wasala – zresztą sam Sikorski mówił w kontekście Gazociągu o pakcie Ribbentrop-Mołotow. Jeszcze większą kompromitacją było chwalenie się likwidacją placówek – ta w Karaczi ze względu na wpływy Pakistanu w Afganistanie była potrzebna polskim żołnierzom w Afganistanie. A już kompletnie nielogiczna była wypowiedź Sikorskiego o wycofaniu się z Iraku, kiedy chwilę później mówiąc o zaletach misji w Afganistanie wskazywał na możliwość szkolenia się w tym niebezpiecznym kraju zamiast pod Warszawą. Skoro to takie dobre, to równie dobre byłoby szkolenie się naszej armii w Iraku – w obu tych krajach giną polscy żołnierze, a obecnie Afganistan jest nawet bardziej niebezpieczny niż Irak.

Bronisław Komorowski poległ choćby mówiąc o odwiedzinach Wilna mimo dyskryminacji naszej mniejszości, skandaliczna wypowiedź o in vitro, bzdury o wetowaniu ustaw przez Lecha Kaczyńskiego. Prezydent zawetował tylko 18 na 800 ustaw – mniejszy procent niż Aleksander Kwaśniewski za czasów AWS. W dodatku były to ustawy złe – np. zdrowotna i medialna, gdzie po długim czasie PO ustaliła wspólne projekty z SLD i PSL, a nagle premier Tusk zrywa te porozumienia. Te projekty ustaw niemiłosiernie krytykowali też eksperci). W programie „Kawa na ławę” nawet zwykle przychylny PO marszałek Kalinowski z PSL przyznał, że winę za fiasko ustaw zdrowotnej i medialnej ponosi PO, a zwłaszcza Donald Tusk.

W końcu czy ta „debata” była dżentelmeńska, jak powiedzieli posłowie Nowak i Mucha, a powtarzają niektóre media?
Nie do końca się zgodzę, Radosław Sikorski znowu mówił jak to bez tłumaczy będzie dyskutował po angielsku z Sarkozym i Merkel, którzy słabo znają ten język i wolą mówić w swoich ojczystych językach, nawet jeśli to pociąga za sobą konieczność korzystania z tłumaczy. Może jakieś naprawdę tajne sprawy woleliby omawiać w cztery oczy bez tłumaczy, ale takie rozmowy niestety będą raczej prowadzili z przywódcami Rosji, Chin oraz między sobą.

Niektóre media mówią też o wygranej PO z PiS – mianowicie, że prawybory skupiły znacznie większą uwagę mediów niż Kongres PiS. Oczywiście, ale to nie wina PiS, że nie interesował mediów merytoryczny Kongres, a tylko mini skandale np. posła Adama Hofmana. Niski poziom i stronniczość wielu mediów to fakt – to od nich zależy czy dany temat będzie nagłośniony czy całkowicie lub częściowo przemilczany. Czy widział ktokolwiek w głównych mediach relacje z przynajmniej najważniejszych z ponad 30 paneli na Kongresie Prawa i Sprawiedliwości? Albo analizę wystąpienie Grażyny Gęsickiej czy prezesa Polskiej Akademii Nauk profesora Kleibera? To media zasługują na krytykę.

Podsumowując – moim zdaniem sama konstrukcja debaty, zadawane pytania jak i odpowiedzi kandydatów PO wypadły słabo – nie liczyłem na nic wielkiego, ale było to dużo słabsze niż się spodziewałem. Dyskusja w TVP INFO po debacie z udziałem posłów Mariusza Błaszczaka (PiS), Marka Sawickiego (PSL) i Tadeusza Iwińskiego (SLD) była znacznie ciekawsza od samej debaty.

Filip Stankiewicz

Read Full Post | Make a Comment ( None so far )

Ciąg dalszy afery w białostockiej prokuraturze

Posted on 22 marca 2010. Filed under: Niebezpieczne, Oszustwa mediów, Prawo, Sprzedajni dziennikarze, Urzędy, Wojna, Wolność, Zero prawdy, Złe Prawo | Tagi: , , , , , , , |


2010-02-25

Zasadność umorzenia śledztwa w sprawie afery w białostockiej prokuraturze ma zbadać sąd z apelacji białostockiej !

Otrzymaliśmy informację, iż zasadność zażalenia na umorzenie śledztwa w sprawie afery w białostockiej prokuraturze przez Prokuraturę Okręgową w Lublinie ma zbadać Sąd w Olsztynie, podległy Sądowi Apelacyjnemu w Białymstoku. Jest to decyzja Prokuratury Okręgowej w Lublinie.

Podsumowując sprawę:

1.      Prokuratura Rejonowa w Białej Podlaskiej stawia zarzuty dotyczące afery w białostockich prokuraturach.
2.      Wkrótce po tym, śledztwo przejmuje Prokuratura Okręgowa w Lublinie i je umarza.
3.      Postanowienie o umorzeniu zostaje zaskarżone.
4.      Prokuratura Okręgowa w Lublinie przekazuje sprawę zbadania swojej decyzji – do sądu w apelacji białostockiej.

Takich spraw, gdzie lubelskie i białostockie organy ścigania wzajemnie „pomagają sobie” w tuszowaniu spraw, albo „aresztowaniach na zlecenie” – jest więcej. Będziemy sukcesywnie je ujawniać.

Afera w białostockiej prokuraturze: http://www.lexnostrum.eu/index.php/interwencjefull/items/afera-w-bialostockiej-prokuraturze-prokuratura-okregowa-w-lublinie-tuszuje-sprawe-.html

Maciej Lisowski

Dyrektor Fundacji „LEX NOSTRUM”

Read Full Post | Make a Comment ( None so far )

Groźby wobec Dyrektora Fundacji LEX NOSTRUM po ujawnieniu afery w białostockiej prokuraturze.

Posted on 22 marca 2010. Filed under: Niebezpieczne, Oszustwa mediów, Propaganda medialna, Sprzedajni dziennikarze, Urzędy, Wojna, Wolność, Zero prawdy, Złe Prawo | Tagi: , , , , |


2010-02-21

Po opublikowaniu interwencji do Ministra Sprawiedliwości w sprawie afery w białostockiej prokuraturze tuszowanej przez Prokuraturę Okręgową w Lublinie miały miejsce liczne groźby i próby zastraszenia Macieja Lisowskiego – Dyrektora Fundacji LEX NOSTRUM. Autorami ich byli obywatele Białorusi, oraz współdziałający z nimi Polacy. Zdarzenia te potwierdziły zasadność działania Fundacji LEX NOSTRUM i potrzebę ujawniania patologii.

Afera w białostockiej prokuraturze: http://www.lexnostrum.eu/index.php/interwencjefull/items/afera-w-bialostockiej-prokuraturze-prokuratura-okregowa-w-lublinie-tuszuje-sprawe-.html

Read Full Post | Make a Comment ( None so far )

Diagnoza Zbrodni

Posted on 19 marca 2010. Filed under: Chęć zysku w TVN, Oszustwa mediów, Propaganda medialna, Sprzedajni dziennikarze, Zero prawdy, Złe Prawo |


O tym, jak prokuratura może służyć załatwianiu interesów politycznych.

fot. lckidwell / www.sxc.hu
fot. lckidwell / http://www.sxc.huTo miała być gigantyczna afera korupcyjna. Z komunikatów prokuratury wynikało, że krakowska spółka „Diagnostyka” i dyrektorzy publicznych szpitali tworzyli zorganizowaną grupę przestępczą, która w całym kraju ustawiała przetargi w służbie zdrowia. Budżet państwa miał na tym tracić miliony.

Minęło prawie 1,5 roku od pierwszych aresztowań: skala zarzutów zmalała, aktu oskarżenia wciąż nie ma, biegły dotąd nie wyliczył strat. Żaden z zakwestionowanych przez śledczych przetargów nie został unieważniony. Krakowska „Diagnostyka”, która miała kierować zorganizowaną grupą przestępczą, podpisuje nowe umowy i utrwala pozycję lidera na rynku badań laboratoryjnych.

Afera wybuchła w połowie września 2007 r. W ciągu dwóch dni funkcjonariusze Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego zatrzymali 26 osób, w tym szefów krakowskiej firmy „Diagnostyka” i spółek zależnych – DPC Polska i Diag System – 5 przedstawicieli handlowych tych firm, 14 kierowników i dyrektorów szpitali oraz laboratoriów szpitalnych. 18 z nich trafiło za kraty pod zarzutem udziału w zorganizowanej grupie przestępczej, która za łapówki ustawiała przetargi na dostawę sprzętu medycznego i odczynników do badań laboratoryjnych. Potem doszły zarzuty dotyczące dzierżawy przyszpitalnych laboratoriów.

W następnych miesiącach do aresztu trafili kolejni podejrzani, m.in. Włodzimierz Stelmach, były szef NFZ w Łodzi, i Jarosław Pinkas, były wiceminister zdrowia. Do dzisiaj zarzuty usłyszały już 32 osoby, wobec 19 zastosowano areszt. O aresztowaniach

było głośno w całym kraju.

Później nastąpiła cisza. W lipcu ub. roku – już bez rozgłosu – wobec 16 podejrzanych prokuratura umorzyła najpoważniejszy zarzut – udziału w zorganizowanej grupie przestępczej.

Prof. Iwona Stelmach, kierownik oddziału Klinicznego Interny Dziecięcej i Alergologii Katedry Pediatrii Uniwersytetu Medycznego w Łodzi, znana w środowisku medycznym m.in. z leczenia dzieci chorych na mukowiscydozę, została zatrzymana 15 września 2007 r.

– Pamiętam, jakby to było dzisiaj, wychodziłam około godz. 18 ze szpitala, kiedy podeszło do mnie trzech funkcjonariuszy ABW – opowiada. – Przedstawili się, powiedzieli że jestem zatrzymana i kazali mi wrócić z nimi do mojego gabinetu. Podczas przeszukania zabrano płyty i dyskietki, zawierające rozdziały wydanej przeze mnie książki „Astma dziecięca. Wybrane zagadnienia”, które określono jako „materiał dowodowy zawarty na nośnikach informatycznych”. Następnie przeprowadzono rewizję w domu i zabrano telewizor, który miał stanowić przyjętą korzyść materialną. Zabrano z domu wszystkie pieniądze i o godzinie 23 zamknięto mnie w celi izby zatrzymań. Rano zostałam przesłuchana. Przedstawiono mi zarzut udziału w zorganizowanej grupie przestępczej, która ustawiała przetargi w szpitalach. Wyjaśniałam, że nigdy nie uczestniczyłam w żadnych procedurach przetargowych, nie znam właścicieli, dyrektorów ani prezesów firmy Diagnostyka i nie miałam z nimi kontaktu. Później potwierdził to materiał dowodowy, ale wtedy nikt nie chciał mnie słuchać. Na posiedzeniu sądu prokurator Adam Gierk przedstawił fikcyjny zarzut mojego udziału w zorganizowanej grupie przestępczej. Zostałam aresztowana na trzy miesiące. Następnego dnia przewieziono mnie do warszawskiego aresztu i umieszczono w celi dla szczególnie niebezpiecznych osób, z zarzutami udziału w grupach przestępczych.

Spędziła tam pięć tygodni. W tym czasie

został aresztowany jej mąż.

wówczas dyrektor łódzkiego Szpitala im M. Kopernika, a wcześniej szef tamtejszego oddziału Narodowego Funduszu Zdrowia. Stawiane Włodzimierzowi Stelmachowi zarzuty dotyczą lat 2003-06. Według prokuratury jako szef funduszu przyjmował łapówki za ustawienie przetargów i wprowadzenie do szpitala w Zgierzu firmy „Diagnostyka” oraz wygrania przez nią przetargów na dostawę sprzętu laboratoryjnego i odczynników medycznych. Później – jako szef „Kopernika” – miał doprowadzić w tej placówce do rozwiązania umowy z jedną z firm, która świadczyła (a raczej miała świadczyć) usługi diagnostyczne w laboratorium i za łapówki zlecił ich wykonywanie „Diagnostyce”.

– Przyszli po mnie o 6 rano, trzy tygodnie po zatrzymaniu żony. Nie miałem pojęcia, że do tego dojdzie, bo z przetargami w ogóle nie miałem nic wspólnego. O tym, że odbył się w szpitalu w Zgierzu w ogóle nie wiedziałem. W „Koperniku” ogłosiłem przetarg, ale nie wiedziałem, jakie firmy biorą w nim udział. Zajmowała się tym komisja przetargowa, w której nie uczestniczyłem. Dziś wiem, że przetarg był rozpisany na trzy pakiety badań. Jeden wygrała „Diagnostyka”, dwa pozostałe – firma „Synevo”, która już wcześniej wykonywała badania w „Koperniku”. W obydwu przypadkach o rozstrzygnięciu zdecydowała cena. Do komisji przetargowej prokuratura nie miała żadnych zastrzeżeń, jej członkowie zostali przesłuchani dopiero na przełomie lipca i sierpnia ubiegłego roku – jako świadkowie. Obydwie firmy nadal wykonują badania, bo żaden przetarg nie został unieważniony, a każdy jest niezwykle korzystny dla szpitala i pacjentów. Nikt nie kwestionuje rzetelności badań, laboratorium działa na tych samych zasadach, co dwa lata temu – mówi Wło- dzimierz Stelmach, dzisiaj już były dyrektor Szpitala im. M. Kopernika w Łodzi, bo po aresztowaniu został odwołany ze stanowiska.

W październiku 2007 r. podczas pierwszych przesłuchań w prokuraturze

częściowo przyznał się do winy.

Prokurator Adam Gierk stwierdził, że zeznania te są nieprawdopodobne i jest z nich niezadowolony. Oprócz udziału w zorganizowanej grupie przestępczej zarzucono mu przyjęcie korzyści majątkowych w kwocie niemal 180 tys. zł oraz telewizora plazmowego (wartego prawie 25 tys. zł) i specjalistycznych książek medycznych.

– Nie znam żadnego z szefów „Diagnostyki” i od nikogo nie wziąłem łapówki, ale przyznałem się, bo to było warunkiem zwolnienia mojej żony z aresztu – mówi dziś Włodzimierz Stelmach. – Całe przesłuchanie trwało 20 minut, jednak negocjacje z prokuratorem, za pośrednictwem adwokatów, na temat warunków uwolnienia żony – zajęły ponad 3 godziny. Nie miałem wyjścia: syn był w klasie maturalnej, w domu mieliśmy teściową po operacji ortopedycznej, która nie wstawała z łóżka. Oboje zostali bez środków do życia, bo funkcjonariusze ABW podczas przeszukania naszego mieszkania zabrali wszystkie pieniądze. Gdyby żona dłużej siedziała w areszcie, to pewnie nie miałaby już do czego wracać. Istniało też zagrożenie, że stworzony przez nią oddział alergologii i leczenia mukowiscydozy po prostu padnie.

Prof. Iwona Stelmach opuściła areszt, zgodnie z ustaleniami, po dwóch tygodniach od aresztowania męża. On sam spędził w nim 6 miesięcy. Najdłużej ze wszystkich zatrzymanych. Cały czas przebywał w więziennych szpitalach – najpierw w Łodzi, później w Poznaniu. Po raz drugi (i ostatni) prokurator przesłuchiwał go w areszcie śledczym tuż przed świętami Bożego Narodzenia 2007 r. Wtedy profesor odwołał swoje poprzednie wyjaśnienia. Stwierdził, że został do nich zmuszony i oświadczył, że do żadnego z zarzutów się nie poczuwa; skutkiem było wystąpienie prokuratora o kolejne 3 miesiące aresztu. W tym czasie do akt śledztwa wpłynęło kilka poręczeń, m.in. od prof. Władysława Bartoszewskiego, który oceniał dr. hab. Włodzimierza Stelmacha jako „wybitnego lekarza i uczciwego człowieka, powszechnie cieszącego się zaufaniem otoczenia”. Ręczył za niego również arcybiskup Ziółek, dr Marek Edelman, rektor i kierownicy klinik Uniwersytetu Medycznego w Łodzi oraz Okręgowa Izba Lekarska. Poręczenia nie poskutkowały. Ostatecznie Stelmach odzyskał wolność dopiero 9 kwietnia ub. roku, kiedy biegli lekarze stwierdzili, że stan zdrowia zagraża jego życiu. Razem z żoną wpłacili kaucję w wysokości 400 tys. zł. Zabezpieczono ich paszporty i samochody.

– Od tamtej pory byłem tylko raz przesłuchiwany w prokuratorze, natomiast żona – ani razu. W lipcu ub. roku otrzymaliśmy natomiast

postanowienie o umorzeniu

wobec nas śledztwa w zakresie udziału w zorganizowanej grupie przestępczej. Sęk w tym, że ten zarzut stanowił podstawę naszego aresztowania, czyli że sądy, które ten areszt stosowały, były oszukiwane – mówi Włodzimierz Stelmach.

Bogumiła Tarkowska, naczelnik łódzkiego wydziału Prokuratury Krajowej, potwierdza: – Postanowieniem z dnia 14 lipca ub. roku śledztwo częściowo umorzono w zakresie zarzutu z art. 258 § 1 kk, czyli udziału w zorganizowanej grupie przestępczej, przedstawionego uprzednio 16 podejrzanym.

Do winy nie poczuwa się też Jarosław Pinkas, wiceminister zdrowia w rządzie PIS, który został zatrzymany 16 kwietnia ub. roku pod zarzutem przyjęcia korzyści majątkowej w czasie, gdy był zastępcą dyrektora (Zbigniewa Religi) w Instytucie Kardiologii im. Prymasa Tysiąclecia Stefana Kardynała Wyszyńskiego w Warszawie. Jego również miała skorumpować „Diagnostyka”.

W 2003 r. Instytut Kardiologii ogłosił przetarg na obsługę szpitalnego laboratorium.

– Zdecydowaliśmy się na outsourcing, czyli prowadzenie laboratorium przez firmę zewnętrzną, bo nasze laboratorium było totalnie niewydolne. Nie mieliśmy know-how, więc część badań i tak wykonywano na zewnątrz – mówi dziś Jarosław Pinkas.

Do przetargu stanęła „Diagnostyka”. Zdaniem prokuratury, by wesprzeć swoje szanse, posłużyła się „zachętą finansową”. Miała przekazać Pinkasowi 55 tys. zł oraz wieczne pióro o wartości 2920 zł. Wicedyrektor rzekomo dodał do tego jeszcze żądanie pokrycia kosztów remontu gabinetu profesora Zbigniewa Religi. Prokuratura dysponuje fakturą VAT na kwotę 54.995,98 zł za wykonane prace i fakturę tę uważa za

mocny dowód sprzedajności Pinkasa.

– Nie mam sobie nic do zarzucenia. Nigdy od nikogo nie wziąłem nawet złotówki „korzyści majątkowej”. Zresztą po co mieliby płacić, skoro do przetargu stanęła – jako jedyna – wyłącznie „Diagnostyka”? – pyta J. Pinkas.

Co do zarzutu wymuszenia na „Diagnostyce” przeprowadzenia remontu gabinetu prof. Religi, Pinkas uważa go za niedorzeczny:

– Już po wygraniu przez „Diagnostykę” przetargu podpisaliśmy umowę, w której zawarliśmy warunki: oni mieli włożyć w instytut pewną kwotę pieniędzy w postaci remontu obiektów, które im oddaliśmy oraz gabinetu prof. Religi. To zostało czarno na białym zapisane w kontrakcie. Jasno i uczciwie, bez żadnych podtekstów, tak, jak to się zwyczajowo robi – tłumaczy Jarosław Pinkas.

Diagnostyka potwierdza:

– Podpisując umowę na współpracę zawieramy kontrakt, na bazie którego deklarujemy się np. wyremontować pomieszczenia szpitalne. My, po prostu, musimy dostosować zastany poziom techniczny do standardu świadczonych przez nas usług. To nie jest prezent czy łapówka, to jest konieczność. Musimy trzymać jakość na odpowiednim poziomie, żeby potem żaden audyt nie przyczepił się do warunków, w jakich pracujemy. Tak działamy wszędzie. Na podobnej zasadzie przeprowadzamy informatyzację szpitala, tworzymy bazę danych elektronicznych, bo jest to częścią naszego systemu komputerowego – tłumaczy Grzegorz Polus, dyrektor działu marketingu „Diagnostyki” spółka z o.o.

Były wiceminister Pinkas podkreśla:

– Gdy zaczynaliśmy współpracę z „Diagnostyką”, zadłużenie instytutu wynosiło ok. 40 mln zł Już po pierwszym roku współpracy mieliśmy ponad 3 mln zysku. W ubiegłym roku zwiększył się on do 8 mln zł, w tym roku szacowany jest podobny. Zastaliśmy szpital powiatowy, a zostawiliśmy klinikę europejską. Do tej pory uważam, że jest to jeden z największych sukcesów menedżerskich – prof. Religi i mój. Okazało się, że za pomocą prostych metod można doprowadzić do prawdziwego partnerstwa publiczno-prywatnego, z którego obydwie strony mają korzyści, a przede wszystkim zyskali pacjenci.

Pinkas spędził w areszcie 5 tygodni. Przez cały ten czas nie miał kontaktu z rodziną, pierwszą paczkę od żony odebrał po 3 tygodniach od chwili zatrzymania. Jak się nieoficjalnie dowiadujemy, obciążające go zeznania złożyli zatrzymani prezesi „Diagnostyki”.

– Nie dziwię się. Jeśli zastosowano wobec nich tak restrykcyjny areszt i środki nacisku, jak wobec mnie, mogli się złamać. Ja nie mam do nich żalu. Nie chcę żyć nienawiścią i chęcią zemsty. Sam nie mam sobie niczego do zarzucenia. Gdyby historia się powtórzyła, drugi raz zrobiłbym wszystko dokładnie tak samo. Wierzę, że kiedy przyjdzie do pokazania dokumentów, to ja się zwyczajnie przed sądem oczyszczę. Czas jest ojcem prawdy. Od 16 kwietnia ubiegłego roku, to znaczy od dnia zatrzymania, nikt ze mną nie rozmawiał, choć mam status podejrzanego w sprawie. Jestem zawieszony w próżni.

Aktu oskarżenia w tej sprawie wciąż jednak nie ma.

Kiedy będzie? Nie wiadomo. Prokuratura wycofała się tylko z części zarzutów. Pozostałe podtrzymuje. Według niej łapówki przyjmowali przede wszystkim kierownicy laboratoriów i dyrektorzy szpitali, którzy ustalali takie warunki przetargu, że spełniała je tylko jedna firma – „Diagnostyka”. Łapówką miały być pieniądze (od kilku do kilkudziesięciu tysięcy złotych), wyjazdy zagraniczne na tzw. kongresy diagnostów laboratoryjnych, telewizory plazmowe, wyposażenie gabinetów szpitalnych.

– Osoby odpowiedzialne za wybór teoretycznie najkorzystniejszej oferty przetargowej lub konkursowej w szpitalach lub mające wpływ na takie rozstrzygnięcie, wybierały jedynie towary bądź usługi świadczone przez spółki powiązane z Diagnostyką. Dotychczasowe śledztwo wykazało, iż przypadków tego rodzaju przestępstw było co najmniej kilkadziesiąt, obejmowały one szpitale na terenie całego kraju i dotyczyły przetargów, których limity wielokrotnie przekraczały kilkaset tysięcy złotych – twierdzi prok. Bogumiła Tarkowska.

Do korupcji miało dojść podczas przetargów w Zgierzu, Łodzi, Bełchatowie, Gliwicach, Starachowicach, Białymstoku, Częstochowie, Legnicy, Poznaniu, Krakowie, Wrocławiu, Chrzanowie, Katowicach, Dąbrowie Górniczej, w Sosnowcu i w Warszawie. Problem w tym, że dopiero pod koniec grudnia ubiegłego roku został powołany biegły, który ma ocenić prawidłowość procedury przetargowej oraz wyliczyć straty, jakie miały ponieść szpitale w wyniku zawartych kontraktów. – Kwestia ta będzie dopiero przedmiotem badania przez biegłych – przyznaje prok. Tarkowska.

Skoro nikt dotychczas nie policzył strat, na jakiej podstawie o nich mówiono? I o co w tej sprawie tak naprawdę chodzi?

Tuż po aresztowaniu swych prezesów,

„Diagnostyka” wydała komunikat,

w którym zawarła deklarację współpracy z prokuraturą oraz sugestię, że cała ta sprawa może być robotą konkurencji, zalegającej z płatnościami.

– Ta deklaracja, to był wyraz naszego kompletnego zaskoczenia. Firma działa dobrze i rozwija się od 10 lat, pracuje na markę rzetelnego wykonawcy badań laboratoryjnych w wielu miejscach w Polsce i nagle grom z jasnego nieba – mówi dziś Grzegorz Polus, dyrektor działu marketingu „Diagnostyki”. – Oświadczenie, to był wyraz naszego zaskoczenia. Staraliśmy się w racjonalny sposób wytłumaczyć sobie, o co chodzi i co się stało. To była jedna z hipotez, która nam przyszła do głowy. Ale tak naprawdę do dziś nie wiemy, o co chodzi?

Dodaje, że zatrzymani półtora roku temu prezesi „Diagnostyki” nie kierują już spółką. Zapewnia też, że ich aresztowania nie miały wpływu na działalność firmy. – Wszystkie kontrakty nadal są realizowane. Wywiązujemy się z umów, które mamy podpisane, bierzemy udział w przetargach. W ciągu minionego roku zawarliśmy wiele następnych kontraktów, rozwinęliśmy działalność o 20 proc. – mówi.

Wkrótce po zatrzymaniu prezesów „Diagnostyka” wygrała przetarg w szpitalu w Sosnowcu. Dyrekcja nie przestraszyła się, że zostanie oskarżona o łapówki. Potem był Tarnobrzeg, otwarli też nowe laboratorium w Myślenicach, przejęli outsorcing laboratorium szpitalnego w Brzezinach itd. Dzisiaj „Diagnostyka” jest największą prywatną firmą diagnostyczną w Polsce. W sieci działa 8 oddziałów, 5 spółek-córek, które korzystają z know-how spółki-matki. W 2008 r. wykonali 15 mln badań dla ponad 5 mln pacjentów.

– Firma, która ma trochę oleju w głowie – a za taką się uważamy – przy takiej skali działania nie może sobie pozwolić na żaden błąd – powiada Grzegorz Polus.

Na pytanie, czy to niskie ceny powodują, że tak łatwo wchodzą do dużych szpitali, dyrektor tylko się uśmiecha. – Jesteśmy firmą na tyle dużą, że korzystamy z efektu skali. Staramy się działać w oparciu o zdrowe zasady konkurencji rynkowej, ale nie przez niskie ceny – nie jesteśmy instytucją charytatywną – tylko przez ilość badań, a nade wszystko jakość. Stawiamy na jakość – serwisu i obsługi. Z naszych usług korzystają nie tylko duże jednostki szpitalne w Polsce (jesteśmy w kilkunastu), ale także firmy prywatne.

W Krakowie

„Diagnostyka” współpracuje z dwoma szpitalami: MSWiA i im. S. Żeromskiego. Andrzej Ślęzak, dyr. Szpitala im. Żeromskiego mówi:

– „Diagnostyka” weszła do naszego szpitala kilka lat temu. Startowała do przetargu pośród innych firm i wygrała. Zaproponowali dość ekspansywny sposób rozwoju. Prawdę mówiąc, nie pamiętam, czy miałem obawy z tym związane, ale na pewno istniała potrzeba, aby oddać te usługi w ręce firmy zewnętrznej. Oczywiście, ludzie na początku buntowali się – ze strachu przed nowością. Mieli obawy, że nowy właściciel wszystkich pozwalnia. Ale dzisiaj, po kilku latach funkcjonowania, wszyscy jesteśmy zadowoleni. Osobiście muszę się przyznać, że nie wiem, czy oni działają dobrze, czy źle. Ponieważ jednak diagnostyka laboratoryjna nie stwarza dla szpitala żadnych problemów, mogę być pewny, że działają dobrze.

– Sukces bliźniego solą w oku drugiego. Gdy ta afera wybuchła, przeczytałem na jakimś portalu, że więcej od nas ma tylko ZUS. Nie wiem, kto ma więcej. My nie jesteśmy monopolistą na rynku, ale jesteśmy dużą, rozwijającą się i dobrze prosperującą firmą. Może to komuś przeszkadza? – zastanawia się Grzegorz Polus.

O innych przyczynach afery

mówią sami podejrzani. Były wiceminister Jarosław Pinkas uważa, że jego zatrzymanie było tylko pretekstem. – Analizując dokumenty myślę, że takie było zapotrzebowanie społeczne. To nie o mnie chodziło, ja byłem jedynie przypadkową ofiarą. Sięgano wyżej, ale ja nic nie miałem do powiedzenia – mówi.

Para znanych łódzkich lekarzy – Iwona i Włodzimierz Stelmachowie – twierdzą wprost, że aresztowano ich tylko po to, by przed wyborami w 2007 r. dostarczyli haków na polityków. Już kilka miesięcy temu zwrócili się do ministra sprawiedliwości, aby śledztwo zostało objęte nadzorem prokuratora generalnego.

– W czasie negocjacji przed formalnym przesłuchaniem w prokuraturze, usłyszałem, że w ogóle nie będzie żadnej sprawy, jeśli powiem coś na polityków. Podano mi nawet nazwisko posła PSL obecnej kadencji. Oczywiście, nie przystałem na tę propozycję – mówi Włodzimierz Stelmach.

W wyjaśnienie sprawy zaangażował się Maciej Grubski, łódzki senator PO. W jego oświadczeniu skierowanym do prokuratora generalnego czytamy m.in.: „W czasie przesłuchania pana Włodzimierza S. prokurator Adam Gierk (…) uzależnił uwolnienie jego żony od przyznania się do zarzucanych mu czynów, nawet jeśli ich nie popełnił (…). Prokurator, poprzez mecenasa Wojciecha W., w obecności mecenasa Mariana K. (…), przekazał również informację, że oczekuje zeznań obciążających polityków będących posłami obecnej kadencji Sejmu RP. W połowie listopada zaś, po opuszczeniu aresztu przez panią profesor Iwonę S., prokurator Adam Gierk poprzez mecenasa Wojciecha W. przekazał jej informację, że jedynym warunkiem uwolnienia męża z aresztu jest złożenie przez niego prawdziwych lub nieprawdziwych zeznań, obciążających osoby, które wskaże prokurator. Jeśli tego nie uczyni, będzie uwięziony przez długie lata”.

– Jeśli w śledztwie stosuje się takie metody, koniecznie trzeba to wyjaśnić. A że mogło tak być, wiem nie tylko od zainteresowanych małżonków – twierdzi senator Grubski.

Potwierdzeniem, że „mogło tak być”, jest zapis rozmowy nagranej z osobą, która miała pośredniczyć w negocjacjach na temat zwolnienia z aresztu Włodzimierza Stelmacha. To nagranie otrzymała niedawno łódzka prokuratura, która poddała je badaniom fonoskopijnym. Wyników jeszcze nie ma, ale Prokuratura Generalna odpowiedziała już senatorowi, że twierdzenia małżonków Stelmachów należy uznać za przyjętą linię obrony.

– W naszym przypadku najpierw postawiono zarzuty, dokonano aresztowania, zabezpieczenia mienia, a następnie próbowano znaleźć obciążające nas dowody. Udostępniono mi już akta śledztwa, które jednoznacznie potwierdzają naszą niewinność. Chciałabym opowiedzieć przed komisją śledczą na temat, jak u nas pracuje wymiar sprawiedliwości. Choć pewnie nikt by w to nie uwierzył. Sama nie uwierzyłabym, gdybym tego nie doświadczyła na własnej skórze – mówi prof. Iwona Stelmach.

Warto dodać, że prokurator Gierk nie pracuje już w Prokuraturze Krajowej, prokurator Agnieszka Kubicka, która również zajmowała się tą sprawą, została odsunięta od śledztwa, a prokurator Wojciech Górski, ówczesny naczelnik Prokuratury Krajowej w Łodzi, zrezygnował z pracy w prokuraturze.

Elżbieta Borek, Ewa Kopcik

źródło: dziennik.krakow.pl


Read Full Post | Make a Comment ( 2 Komentarze )

Pomagał biednym, musi zapłacić

Posted on 19 marca 2010. Filed under: Chęć zysku w TVN, Niebezpieczne, Oszustwa mediów, Propaganda medialna, Sprzedajni dziennikarze, Urzędy, Zero prawdy, Złe Prawo |


Piekarz z Legnicy Waldemar Gronowski, który rozdawał chleb biednym, powinien zapłacić od tego prawie 200 tys. zł VAT – orzekł Naczelny Sąd Administracyjny.

fot. sxc.hu
fot. sxc.hu

Jak czytamy w komunikacie Ministerstwa Finansów, Sąd uznał, że „nieodpłatne przekazywanie pieczywa ze zwrotów na cele charytatywne było darowizną opodatkowaną VAT, a nie likwidacją towaru”. NSA swoją decyzję tłumaczył faktem, iż „podatek od towarów i usług jest neutralny dla podatnika pod warunkiem, że ewidencja obrotów jest prowadzona w prawidłowy sposób. Zdaniem sądu w przypadku Waldemara Gronowskiego podatek VAT od przekazanych na cele dobroczynne towarów stanowił tylko niewielką część zaległości, o które toczył się spór” – podaje komunikat.

Jak zauważa resort finansów, paradoksalnie decyzja Naczelnego Sądu Administracyjnego jest korzystna dla podatników, bo doprowadziła do zmiany przepisów. „Od 2009 r. darowanie przez producenta towarów spożywczych instytucjom charytatywnym na ich działalność jest zwolnione z VAT” – czytamy w komunikacie.

Sprawa Waldemara Garlickiego stała się głośna pięć lat temu, gdy media poinformowały o o karze, którą nałożył na niego fiskus. Urząd Kontroli Skarbowe dostał w 2003 r. donos na piekarza, w którym oskarżano go o to, że sprzedaje pieczywo bez nabijania na kasę. Garlicki bronił się jednak twierdząc, że pieczywo rozdawał w stołówkach charytatywnych i że fiskus karze go za pomoc ubogim.

Po donosie fiskus zaczął kontrolować sklepy, do których towar dostarczała piekarnia Gronowskiego. Spowodowało to systematyczną utratę klientów, co w konsekwencji spowodowało, że piekarz musiał zamknąć firmę.

mic

Read Full Post | Make a Comment ( None so far )

« Poprzednie wpisy
  • Google Translator

  • STOP kłamstwu tvn!

    STOP TVN, TVN24, POLSAT I WYBIÓRCZEJ - stop zakłamaniu w mediach masowych
  • Chroń medycynę naturalną/ Protect natural medicine all over the world
  • Podpisz petycję w obronie medycyny naturalnej i tradycyjnych systemów medycznych
  • Medycyna Tybetańsko-Mongolska, Akupunktura, Moksa, Ziołolecznictwo na PINTEREST.COM
  • Polub nas na FB

  • Instagram prof Enji

    There was an error retrieving images from Instagram. An attempt will be remade in a few minutes.

  • Artykuł o nagonce

  • Czwarty Wymiar o nagonce medialnej

    Artykuł w "CZWARTYM WYMIARZE" o nagonce medialnej na lekarkę Enkhjargal Dovchin "ENJI"
  • Artykuły w „ZC”

    Znaki Czasu - to obecnie jedyne czasopismo, które ma odwagę pisać jawnie o najważniejszych sprawach dotyczących zdrowia ludzkiego czyli Kodeksie Żywnościowym, Szczepieniach oraz alternatywnych metodach leczniczych.
  • MTM in Poland

    Mongolska Tradycyjna Medycyna w Polsce - MTM in Poland
  • LIST OTWARTY

    LIST OTWARTY PUBLICYSTÓW W OBRONIE TOLERANCJI I WOLNOŚCI WYKONYWANIA ZAWODU
  • Chmurka kategorii

  • Ankiety

  • Szybkie menu

Liked it here?
Why not try sites on the blogroll...