Czy można wyleczyć hipnozą?

Posted on 28 marca 2010. Filed under: Cenzura, Chęć zysku w TVN, nienawiść rasowa, Oszustwa mediów, Prawo, Propaganda medialna, przekupstwo policjii, Wojna, Wolność, Zero prawdy, Złe Prawo | Tagi: , , , , , , |


Opublikowano: 27.03.2010 

Leczenie hipnozą jest takim samym „leczeniem”, jak leczenie alopatyczną chemią. To, co medycyna nazywa „chorobą” jest w rzeczywistości tylko symptomem choroby. Prawdziwa choroba ukrywa się w mroku niewiedzy, w sferze, do której lekarze nie mają dostępu. A co gorsze – wcale ich to nie interesuje. Celem tzw. „leczenia” jest jedynie likwidacja symptomu. Gdy on znika, ogłasza się sukces. Tymczasem choroba została zaledwie stłumiona, wmieciona pod dywan i tli się tam dalej, z czego nikt nie zdaje sobie sprawy.

Żeby człowieka rzeczywiście wyleczyć trzeba wiedzieć skąd wzięły się jego problemy, trzeba dotrzeć do przyczyn i dokopać się do korzeni choroby.

Ani medycyna ani hipnoterapia tego nie robią.

Jako przykład może posłużyć cukrzyca. Medycyna zauważyła, że choremu na cukrzycę brakuje insuliny. A skoro tak, to najprościej jest ją podać z zewnątrz. Tym sposobem problem wydaje się rozwiązany. Ale tylko do następnego zastrzyku. I tak aż do śmierci. O skutkach ubocznych takiej terapii nawet nie wspomnę. Nie byłoby problemu, gdyby lekarz zainteresował się przyczynami braku insuliny. Zrozumienie tego pozwoliłoby mu skłonić pacjenta do radykalnej zmiany sposobu odżywiania i tę cukrzycę rzeczywiście wyleczyć, a nie tylko zaleczyć. Doprowadziłoby do tego, że organizm pacjenta zacząłby tę insulinę produkować sam, jak dawniej i żadne zastrzyki nie byłyby mu potrzebne. Problem w tym, że to byłoby uzdrawianie, a lekarzowi uzdrawiać nie wolno, bo lekarz ma leczyć. I brać za to pieniądze. Przy okazji daje zarobić firmie farmaceutycznej produkującej insulinę i tym sposobem wszyscy są zadowoleni, nawet pacjent, który (na zdrowy rozum) jest tego systemu ofiarą.

Jest ofiarą, ale się nie broni. Mało tego, gwałtownie broni swojego lekarza przed każdym, kto postawi mu zarzut niefachowości.

Dlaczego to robi?

Bo jest zahipnotyzowany!

I nie tylko on. Można powiedzieć, że cała ludzkość jest zahipnotyzowana, tyle tylko, że nie ma o tym pojęcia. A co jeszcze gorsze, uważa ten stan za normalny i prawidłowy. O ironio, każdy, kto się z tej hipnozy przebudzi zostaje uznany za nienormalnego. Przecież jeśli WSZYSCY zachowują się w określony sposób, to jest to normą, a jeśli ktoś zachowuje się inaczej, to jest dewiantem. I z tego powodu, jedynego zdrowego osobnika zalicza się do neurotyków i poddaje leczeniu. Najlepiej – hipnozą. Żeby z powrotem zasnął i stał się normalny.

Gdyby ludzie przebudzili się z tej wszechobecnej hipnozy na pewno doznaliby ciężkiego szoku, gdyż dostrzegliby w jak nienormalnym świecie żyją. A najbardziej zdumiałoby ich to, że tę nienormalność uważają za normę.

Rodzimy się jako wolne istoty, ale już od pierwszych chwil życia jesteśmy poddawani hipnozie. Rodzice narzucają nam swój światopogląd: nieważne, czy religijny, czy ateistyczny, i tak nie mamy wyboru i musimy go przyjąć jako własny. Tak bardzo wrasta on w naszą psychikę, że przestajemy widzieć jego oczywistą niedorzeczność. Później prawdopodobnie sami przekażemy go własnym dzieciom, nie przejmując się tym, jak wielki sprzeciw budził on w nas samych.

Później swoją cegiełkę dołoży do tego szkoła, ucząc nas bezkrytycznego przyswajania idiotycznej wiedzy. Za zadawanie „głupich” pytań będziemy karani obniżonymi ocenami i wzywaniem rodziców na dyrektorski dywanik.

Nie zauważymy nawet, że wszystkie oparte na fałszywych założeniach praktyki zaczniemy uważać za prawidłowe i normalne.

Uwierzymy, że istnieje demokracja i że to my decydujemy o tym, na co tak naprawdę nie mamy najmniejszego nawet wpływu. Będziemy choroby leczyli toksyczną, chorobotwórczą chemią, uznamy naturę za rzecz szkodliwą dla zdrowia fizycznego i psychicznego, zgodzimy się, że oprawcy są ofiarami, a ofiary oprawcami i nie będziemy widzieć nawet tak przerażających rzeczy, jak latające nad naszymi głowami samoloty, rozpylające chemiczne trucizny. Wszystko to dlatego, że trwamy w stanie nieustającej hipnozy, która sprawia, że kłamstwa bierzemy za prawdę, a prawdę za kłamstwo.

Czy lekiem na złudzenia może być inne złudzenie? Czy kogoś, kto cierpi na neurozę spowodowaną przebudzeniem z hipnozy możemy leczyć hipnozą?

Jeśli naszym celem jest zlikwidowanie symptomów, to jak najbardziej. Jeśli jednak naprawdę chcemy człowieka wyleczyć, to pomóc mu może tylko prawda. A ta prawda może być szokująca. Nic więc dziwnego, że większość ludzi broni się przed nią wszelkimi możliwymi sposobami.

Czym jest hipnoza? A raczej: czym jest stan posthipnotyczny, który jest celem „terapii” hipnotycznej?

Moim zdaniem hipnoza z samej swojej natury jest GWAŁTEM na ludzkiej psychice i z tego powodu powinna być zakazana. Nie raz widziałam hipnotyzerów w akcji, zarówno tych estradowych, jak i tzw. terapeutów. Zawsze miałam bardzo przykre odczucie, że ci fachowcy nie szanują ludzi, że nimi gardzą, cynicznie manipulują, bawią się ich kosztem i stosują wobec nich psychiczną przemoc. Ja nigdy nie odważyłabym się przejąć pełnej kontroli nad czasowo ubezwłasnowolnionym człowiekiem, nawet, gdybym uważała, że robię to dla jego dobra. Dla mnie takie działania są przestępstwem. I z tego samego powodu nigdy w życiu nie poddałabym się tej terapii.

Popatrzcie na Derrena Browna. To oczywiście jest niesłychanie wprost śmieszne, kiedy dorośli ludzie całkowicie tracą nad sobą wszelką kontrolę i wierzą, że zostali przeniesieni do przerażającej gry komputerowej, w której krew leje się strumieniami. Jakie to jest śmieszne, kiedy sadza zahipnotyzowaną kobietę w rozbitym samochodzie, a naprzeciwko, w innym wraku umieszcza pomazanego czerwoną farbą mężczyznę i wmawia jej, że zginęła i jest teraz… duchem, obserwującym wszystko z zaświatów. Wszyscy tarzamy się ze śmiechu, patrząc, jak biedaczka jest bliska zawału serca z przerażenia, że opuściła świat żywych. Zatwardziały ateista Derren wyraźnie gardzi ludźmi i widać, że manipulowanie nimi sprawia mu dziką radość. Inny jego kolega zaprezentował wścibskiemu dziennikarzowi, jak można zniewolić przypadkowo spotkaną na ulicy kobietę. I rzeczywiście, po krótkiej rozmowie, pozornie o niczym, biedaczka wpatrywała się w niego jak w obrazek, a kiedy znikł za rogiem żałośnie wzdychała, że taki cudowny facet przeszedł obok niej obojętnie. Na co dzień facet zajmuje się prowadzeniem kursów dla agentów ubezpieczeniowych – wykupiliście może ostatnio jakieś ubezpieczenie? Jeśli tak, to przebudźcie się i sprawdźcie na trzeźwo, co nabyliście. Nasi domorośli NLP-ocy obiecują, że nauczą każdego faceta, jak sprawić, żeby dziewczynom majteczki same spadały, a nogi się rozkładały.

Skrajnym przykładem, do czego może być użyta hipnoza jest przypadek Sirhan-Sirhan’a, rzekomego zabójcy Roberta Kennedy’ego. Ilu było morderców, działających w transie? Nigdy się tego nie dowiemy, ponieważ są to rzeczy utrzymywane w najgłębszej tajemnicy przez najtajniejsze tajne służby.

Być może społeczeństwo dalej żyłoby w błogiej nieświadomości zagrożeń związanych z hipnozą, gdyby „wredny” redaktor TVN nie zdemaskował sławnego psychologa-seksuologa, autora cenionych książek i podręczników, powszechnie szanowanego profesora Lechosława Gapika, dla którego inni ludzie (konkretnie: kobiety) były tylko milutkimi zabaweczkami „do miziania”. Może po tej lekcji ludzie zrozumieją, czym jest hipnoza i do czego zdolni są hipnotyzerzy.

Przy okazji przypomnę, że jestem za, a nawet przeciw. Wprawdzie jestem zdecydowanie przeciwko kamerom śledzącym wszystkich ludzi i wszędzie, ale używanie kamer przez dziennikarzy uważam za znakomite narzędzie, dostarczające absolutnie niezbitych dowodów przestępstwa. Gdyby nie kamera, prof. Gapik prawdopodobnie wybroniłby się od stawianych mu zarzutów, a nawet całą winę zwaliłby na swoje ofiary. Przecież on jest powszechnie szanowanym autorytetem, ma liczne dyplomy i stoi za nim wiele organizacji, gotowych bronić jego dobrego imienia, a atakują go jakieś sfrustrowane, niewyżyte seksualnie kobiety. Próbował nawet się bronić, wzywając na pomoc dziadka Freuda i sugerując, że on nic złego nie robił, a został oskarżony przez osoby, które wyprojektowały na niego swoje fantazje seksualne. Przypomnijmy sobie, co się działo, gdy wypłynęła afera z Andrzejem Samsonem: wtedy całe środowisko stanęło za nim murem, dowodząc, że to fachowiec najwyższej klasy i że oskarżenia mogą być nieprawdziwe.

Autor: Maria Sobolewska
Źródło: Jestem za, a nawet przeciw

Read Full Post | Make a Comment ( None so far )

Matactwa w sprawie Drzewińskich?

Posted on 22 marca 2010. Filed under: lex nostrum, matactwo, Oszustwa mediów, przekupstwo policjii, przestępstwa policjii, łapówkarstwo policjii | Tagi: , , , , , , , |


Zdaniem Krzysztofa Czumy nieprawidłowości w sprawie uprowadzenia małżeństwa Drzewińskich nie mogły być zupełnie przypadkowe – podaje dziennik „Polska”.

Syn i były asystent obecnego ministra sprawiedliwości jako pierwszy nadał rozgłos sprawie zaginięcia Elżbiety i Wiesława Drzewińskich, małżeństwa zamieszkałego w Milanówku.  Kobieta zniknęła w październiku 2006 r. Wyszła z domu na próbę kościelnego chóru. Została uprowadzona z ulicy w biały dzień. Rok później – w równie tajemniczych okolicznościach – zaginął Wiesław Drzewiński, który został najprawdopodobniej siłą wyciągnięty z domu.
Błędy i zaniechania

Według ustaleń gazety policja oraz prokuratura nie sprawdziły co w dniu porwania Elżbiety Drzewińskiej robili lokalni gangsterzy. Według eksperta od spraw bezpieczeństwa, Jerzego Dziewulskiego, takie działanie byłoby wręcz obowiązkowe.

Śledczy nie podjęli też dość oczywistego wątku milanowskiej nieruchomości należącej do Wiesława Drzewińskiego. Otrzymał ją w roku 1982 od wujka mieszkającego w USA. Od lat usiłował wymeldować z domu wartego ok. 2,5 miliona złotych uciążliwego lokatora Piotra B., który starał się przejąć posesję na własność.

Zakupem domu było zainteresowane małżeństwo Kamili i Adama Krawczyków, które chciało na terenie nieruchomości zorganizować hurtownię zabawek. Mimo spotkań z Drzewińskimi w tej sprawie do transakcji nie doszło, ponieważ w roku 1994 Krawczykowie zostali zastrzeleni na parkingu samochodowym w Milanówku. Ten wątek również został bez wyraźnej przyczyny zlekceważony.

Podejrzani

W pierwszej fazie śledztwa za podejrzanych o uprowadzenie małżeństwa Drzewińskich zostali ich synowie: Wiktor i Piotr. Motywem miała być chęć przejęcia cennej nieruchomości. Policjanci argumentowali swoje podejrzenia tym, że synowie uprowadzonych z pewnym opóźnieniem informowali o zniknięciach rodziców.

– To oczywista nieprawda – mówi Krzysztof Czuma. – Obaj synowie zawiadomili policję jeszcze tego samego dnia, gdy nie wróciła matka, i kilka godzin po zniknięciu ojca. Twierdzenie, że zwlekali z zawiadomieniem organów ścigania, to po prostu kłamstwo.
Skandaliczne zachowanie policji

Policja starała się uwiarygodnić swoją wersję rozpowszechniając w Grodzisku Mazowieckim informacje, jakoby synowie Drzewińskich powiadomili organa ścigania dopiero kilka dni po zniknięciu ojca, nie podejmując przez ten czas żadnych działań, mających na celu wyjaśnienie tajemniczego zdarzenia.

Wersji policji nie potwierdza dokumentacja sprawy. Wynika z niej, że Wiktor i Piotr Drzewińscy alarmowali organa ścigania o obydwu sprawach, wielokrotnie nawołując do podjęcia prób ich wyjaśnienia. Pomimo tego policja nie przesłuchała pięciu świadków uprowadzenia Elzbiety Drzewińskiej oraz nie zabezpieczyła taśm miejskiego monitoringu z miejsca zdarzenia.

– Śledczy, którzy popełnili błędy tego kalibru, powinni usłyszeć zarzuty mataczenia i otrzymać za to surowy wyrok – twierdzi Maciej Lisowski dyrektor Fundacji „Lex Nostrum” zajmującej się pomocą osobom poszkodowanym przez wymiar sprawiedliwości.

Synowie Drzewińskich wyznaczyli nagrodę w wysokości 100 tys. złotych dla osoby, która udzieli informacje mogące stanowić pomoc w odnalezieniu ich rodziców. Nie przyniosło to żadnego skutku.

js, Polska The Times

Read Full Post | Make a Comment ( None so far )

Ciąg dalszy afery w białostockiej prokuraturze

Posted on 22 marca 2010. Filed under: Niebezpieczne, Oszustwa mediów, Prawo, Sprzedajni dziennikarze, Urzędy, Wojna, Wolność, Zero prawdy, Złe Prawo | Tagi: , , , , , , , |


2010-02-25

Zasadność umorzenia śledztwa w sprawie afery w białostockiej prokuraturze ma zbadać sąd z apelacji białostockiej !

Otrzymaliśmy informację, iż zasadność zażalenia na umorzenie śledztwa w sprawie afery w białostockiej prokuraturze przez Prokuraturę Okręgową w Lublinie ma zbadać Sąd w Olsztynie, podległy Sądowi Apelacyjnemu w Białymstoku. Jest to decyzja Prokuratury Okręgowej w Lublinie.

Podsumowując sprawę:

1.      Prokuratura Rejonowa w Białej Podlaskiej stawia zarzuty dotyczące afery w białostockich prokuraturach.
2.      Wkrótce po tym, śledztwo przejmuje Prokuratura Okręgowa w Lublinie i je umarza.
3.      Postanowienie o umorzeniu zostaje zaskarżone.
4.      Prokuratura Okręgowa w Lublinie przekazuje sprawę zbadania swojej decyzji – do sądu w apelacji białostockiej.

Takich spraw, gdzie lubelskie i białostockie organy ścigania wzajemnie „pomagają sobie” w tuszowaniu spraw, albo „aresztowaniach na zlecenie” – jest więcej. Będziemy sukcesywnie je ujawniać.

Afera w białostockiej prokuraturze: http://www.lexnostrum.eu/index.php/interwencjefull/items/afera-w-bialostockiej-prokuraturze-prokuratura-okregowa-w-lublinie-tuszuje-sprawe-.html

Maciej Lisowski

Dyrektor Fundacji „LEX NOSTRUM”

Read Full Post | Make a Comment ( None so far )

Groźby wobec Dyrektora Fundacji LEX NOSTRUM po ujawnieniu afery w białostockiej prokuraturze.

Posted on 22 marca 2010. Filed under: Niebezpieczne, Oszustwa mediów, Propaganda medialna, Sprzedajni dziennikarze, Urzędy, Wojna, Wolność, Zero prawdy, Złe Prawo | Tagi: , , , , |


2010-02-21

Po opublikowaniu interwencji do Ministra Sprawiedliwości w sprawie afery w białostockiej prokuraturze tuszowanej przez Prokuraturę Okręgową w Lublinie miały miejsce liczne groźby i próby zastraszenia Macieja Lisowskiego – Dyrektora Fundacji LEX NOSTRUM. Autorami ich byli obywatele Białorusi, oraz współdziałający z nimi Polacy. Zdarzenia te potwierdziły zasadność działania Fundacji LEX NOSTRUM i potrzebę ujawniania patologii.

Afera w białostockiej prokuraturze: http://www.lexnostrum.eu/index.php/interwencjefull/items/afera-w-bialostockiej-prokuraturze-prokuratura-okregowa-w-lublinie-tuszuje-sprawe-.html

Read Full Post | Make a Comment ( None so far )

Nurse Practitioners to Patients: Can We Talk?

Posted on 19 marca 2010. Filed under: Niebezpieczne, Petycje, Prawo, Wolność, Zero prawdy, Złe Prawo | Tagi: , , , |


New Survey Shows NPs Want to Educate Patients About Dietary Supplement Usage

PR Newswire

WASHINGTON, March 10

WASHINGTON, March 10 /PRNewswire/ — Eighty-five percent of nurse practitioners agree that one of the roles of healthcare professionals is to provide their patients with information about dietary supplements, according to new research from the „Life…supplemented” 2009 Healthcare Professionals (HCP) Impact Study.

„Supplements can be overlooked, but they shouldn’t be,” says Barbara Dehn, RN, MS, NP with Women’s Physicians in Mountain View, Calif. and advisor to the „Life…supplemented” program. „Nurse practitioners are very interested in integrative healthcare options, looking at the overall wellness picture, and figuring out how we focus on health maintenance and preventive approaches.  I recommend my patients start with the basics: eat right, incorporate vitamins and other supplements, and exercise regularly.”

Nurse Dehn is not alone.  According to the study, nurse practitioners are personally incorporating the three pillars of health into their own lives:  84 percent said they try to eat a balanced diet, 95 percent take dietary supplements, and 64 percent exercise regularly.

Ninety-six percent of nurse practitioners recommend supplements, and their reasons are varied—most often for bone health (63 percent recommend for this reason), overall health and wellness (47 percent) and to fill nutrition gaps (44 percent).

Not only are they recommending supplements to their patients, but they’re talking about them.  Eighty-one percent of nurse practitioners personally inquire about which supplements patients are taking (and only three percent state that no one in the practice inquires about supplements).  When asked who brings up the subject of supplements most often, 55 percent of nurse practitioners say they personally ask, with 28 percent crediting nurse practitioners and patients equally, and only 17 percent crediting solely the patient.

Eighty-three percent of nurse practitioners say their patients are generally comfortable telling them about their supplement usage, but a smaller percentage (70 percent) feel their patients are generally honest and forthcoming about their use of dietary supplements.

„That dynamic has to change,” says Nurse Barb, of the latter statistic.  „I hope that patients know how open we are to hearing about their supplement use, especially if they’re on medications.  This is so we can ensure they’re aware of potential interactions with their drugs, but equally as important, so we can help address any nutrient depletions caused by medications.  At the same time, nurse practitioners, doctors, and all healthcare professionals have to do a better job being open to listening to patients when it comes to supplements.  These are mainstream products, and it’s our job to help our patients figure out which supplements best meet their individual needs.”

So which supplements are nurse practitioners taking?  Some examples include: multivitamins (79 percent) and calcium (63 percent); specialty supplements, such as Omega 3/fish oil (48 percent) and glucosamine/chondroitin (18 percent): and herbals/botanicals, such as green tea (23 percent); and fiber (17 percent).

„Patients should feel free to initiate the conversation about living a healthy lifestyle. Taking a proactive stance towards personal wellness is the best way to ensure optimal health for the future,” says Nurse Dehn.

Consumers can take that first proactive step by filling out „My Wellness Scorecard,” an online, free interactive tool that, once completed, provides an initial personalized wellness assessment with realistic steps to take toward better health. Individuals can take their results to a nurse practitioner or other healthcare professional, who can help develop a wellness regimen that works for them.

Methodology: Results from the 2009 „Life…supplemented” HCP Impact Study went public in December 2009 and comprise three separate surveys – (300) nurse practitioners, (300) pharmacists and (300) registered dietitians. Margins of sampling error at a 95 percent confidence level are +/- 5.7 percentage points for each of the groups of healthcare professionals surveyed. A nominal honorarium was given to each healthcare professional for completing the survey. Ipsos Public Affairs conducted the survey online. The first „Life…supplemented” HCP Impact Study of physicians, OB/GYNs and nurses was conducted online in November 2007. The second study of cardiologists, orthopaedic specialists and dermatologists was conducted online in September 2008.

About the „Life…supplemented” HCP Impact Study: The study is part of the „Life…supplemented” consumer wellness campaign, which is dedicated to driving awareness about the mainstream use of dietary supplements as an integral part of a proactive personal wellness regimen that combines a healthy diet, supplements and exercise. The study evaluates the personal attitudes and use of dietary supplements by healthcare professionals and whether their attitudes toward supplements affect their clinical behavior and recommendations to patients. The „Life…supplemented” campaign is managed by the CRN Foundation, an educational affiliate of the Council for Responsible Nutrition, the leading trade association for the dietary supplement industry. For more information: www.lifesupplemented.org.

SOURCE Life…supplemented

Read Full Post | Make a Comment ( 1 so far )

Czy społeczeństwo obywatelskie jest w stanie zmienić decyzje rządów korzystając z narzędzi jakie daje Internet?

Posted on 19 marca 2010. Filed under: Prawo, Urzędy, Wolność | Tagi: , , |


Opublikowano: 19.03.2010 

Zaczęło się skromnie, w maju 2009 roku, od wpisu na blogu Remigiusza ‘lRem’ Modrzejewskiego, w którym ostrzegał on o niebezpiecznych przepisach, jakie planuje wprowadzić Unia Europejska, dotyczących umożliwienia dostawcom “pakietowania Internetu”, czyli w praktyce filtrowania treści, które może oglądać abonent. Remigiusz powołał się na stworzoną naprędce stronę BlackOut Europe nawołującą do przekonania europosłów do poprawienia ustawy lub głosowania przeciw cenzurze.

Temat podjął błyskawicznie Wojciech Ryrych z Grupy Jakilinux, który samodzielnie stworzył stronę Stop Cenzurze i poinformował o tym fakcie w serwisie OSnews.pl. Pod listem do europarlamentarzystów umieszczonym na stronie już w ciągu pierwszych paru godzin podpisało się kilka tysięcy osób. Ale to był dopiero początek.

CENZURA? ALE O CO CHODZI?

Co wywołało taką panikę wśród internautów, że jak jeden mąż zaczęli podpisywać list i propagować akcję wśród znajomych? Otóż poszło o pewne zapisy w forsowanym przez Komisję Europejską „Pakiecie Telekomunikacyjnym”, które mogły być interpretowane jako przyzwolenie na cenzurowanie sieci oraz samozwańcze zwalczanie „piractwa” przez dostawców łączy internetowych.

Każda z firm dostarczających mieszkańcom Internet posiada pełną kontrolę nad tym z których usług internetowych mogą korzystać abonenci. Tradycyjnie respektowana jest jednak tzw. „zasada neutralności sieci”, mówiąca o tym, że dostawca – mimo takich możliwości technicznych – nie ma prawa wpływania na to, z jakich usług korzystają abonenci ani jakie strony internetowe przeglądają. Pakiet miałby to zmienić przyzwalając explicite na tego rodzaju praktyki. Czemu mogłoby to być groźne? Wyobraźmy sobie sytuację, w której dostawca internetu jest jednocześnie dostawcą usług (np. telewizji internetowej). Taki dostawca mógłby celowo spowalniać lub też zupełnie wyłączyć usługi konkurencyjne, dzięki czemu klienci z konieczności korzystaliby z usług dostawcy, powiększając jego portfel. Inny problem to sieci wymiany plików (peer to peer). Korzystające z nich osoby często wykorzystują łącze znacznie intensywniej niż osoby, które w sieci przeglądają jedynie strony i sprawdzają pocztę. Zablokowanie tego rodzaju usług mogłoby udrożnić zapchane łącza dostawcy bez konieczności wykładania pieniędzy na inwestycje w dodatkową infrastrukturę.

Druga kontrowersyjna sprawa poruszona w „Pakiecie” to tzw. „piractwo”, czyli nieautoryzowane kopiowanie treści (głównie multimedialnych). W jednym z projektów wspomniano o możliwości odcinania od sieci tych internautów, którzy wielokrotnie łamią prawa autorskie ściągając lub udostępniając treści do których nie mają praw. Odcinanie takie miałoby leżeć w gestii dostawców, bez udziału sądu i bez możliwości odwołania się od samozwańczego wyroku wydanego przez firmę. Problemy z takim prawem są co najmniej dwa. Po pierwsze – nie da się jednoznacznie stwierdzić, czy aktywność internauty jest łamaniem prawa bez zainstalowania infrastruktury szpiegowskiej śledzącej każdy ruch w sieci. Po drugie – firmy dostarczające łącza internetowe zyskałyby dzięki temu władzę quasi-sądowniczą. Odcięcie od Internetu w dzisiejszych czasach może być równoznaczne z pozbawieniem dostępu do informacji, utratą pracy czy wykluczeniem z sieci społecznych. To podstawowe prawa człowieka, o których decydować – jeśli w ogóle – powinien niezawisły sąd.

Zdania ekspertów (tych prawdziwych i tych samozwańczych) na temat powyższych zapisów były podzielone. Niektórzy, jak Konrad Niklewicz z Gazety Wyborczej (skądinąd wielki fan wszystkiego co unijne) wykpił działania internautów uważając, że niepotrzebnie „robią hucpę” negując dobre prawo („Pakiet” oprócz kontrowersyjnych zapisów dotyczących Internetu zawierał również mnóstwo regulacji związanych z telekomunikacją, które nie budziły takich emocji). Inni, jak prawnicy Olgierd Rudak czy Piotr Waglowski, krytykowali przede wszystkim sposób, w jaki tworzy się prawo w Unii Europejskiej – do dokumentów projektów dyrektyw i regulacji bardzo trudno dotrzeć, sporo ustaleń zapada za zamkniętymi drzwiami i nigdy właściwie nie możemy być pewni jakie prawo zostanie poddane danego dnia głosowaniu. To skutecznie uniemożliwia dialog i konsultacje społeczne, podsycając uczucie niepewności wśród obywateli Unii.

AKCJA “STOP CENZURZE” NABIERA ROZPĘDU

Tymczasem do akcji włączył się Dziennik Internautów, publikując na swoich łamach artykuł nawołujący do podpisania listu. Akcję poparła również polska Partia Piratów, której członkowie stworzyli w międzyczasie stronę BlackOut Europe Polska i zaczęli się przymierzać do organizacji manifestacji przeciw Pakietowi w Warszawie. O sprawie napisały kolejno: Wirtualna Polska, Chip.pl, Portal Trójmiasto.pl, Gazeta.pl, VaGla.pl, Media2, Wiadomosci24 i inni. Pierwszego maja, w pięć dni po powstaniu strony “Stop cenzurze” i po zebraniu 35 tysięcy podpisów (kolejne 5 dni później było ich już prawie dwa razy tyle), wysłane zostały do europosłów listy informujące o skali protestu i zachęcające do wypowiedzenia się w sprawie. Odpowiedziało tylko troje i wszyscy zapewnili, że są przeciwko i tak też będą głosować na najbliższym posiedzeniu parlamentu.

Sprawa mogłaby się tak zakończyć, gdyby do akcji nie wkroczyły papierowe gazety i telewizja. Trzeciego maja, w dniu rocznicy uchwalenia pierwszej konstytucji, odbyła się manifestacja przeciw “pakietowaniu” Internetu pod szyldem BlackOut Europe Polska, Partii Piratów i Dziennika Internautów. Wydarzenie to było na tyle medialne, że reportaż z niego pokazała Telewizja Polska, niestety manipulując informacjami tak, aby pasowały one do z góry założonej tezy (w skrócie: “piraci protestują przeciw blokowaniu sieci peer to peer”). Szereg artykułów i komentarzy w tej sprawie zalał następnie papierowe gazety. O sprawie zrobiło się bardzo głośno.

W tym samym czasie podobne akcje, dzięki działalności takich grup jak La Quadature Du Net czy wspomniany BlackOut Europe odbyły się w całej Europie, co ostatecznie doprowadziło do odrzucenia „Pakietu” przez europarlamentarzystów i przesunięcia prac z nim związanych na wrzesień. Gazety w całej Unii otrąbiły sukces internautów. Niestety, uchwalony w końcu w październiku w atmosferze kompromisu „Pakiet Telekomunikacyjny” zawierał tylko zabezpieczenia dla internautów przeciw odcinaniu od sieci. Nie znalazły się w nim jakichkolwiek zabezpieczenia neutralności sieci, o które walczyliśmy. Niedługo trzeba było czekać na efekt tego zaniedbania…

Z BRUKSELI DO WARSZAWY, CZYLI O TYM JAK TUSK CHCIAŁ NAM SIEĆ OCENZUROWAĆ

16 listopada 2009 roku nasz rząd, bardzo nowocześnie, bo za pomocą swojej strony internetowej ujawnił plany filtrowania internetu w Polsce. Planowana ustawa miała kilka celów:

– Cel polityczny: odwrócenie uwagi opinii publicznej od „afery hazardowej”.

– Cel finansowy: łatanie dziury budżetowej poprzez ściągnięcie haraczy (koncesje) od właścicieli firm zajmujących się hazardem.

– Cel spiskowy (według zwolenników spiskowej teorii dziejów): zbudowanie infrastruktury umożliwiającej inwigilację obywateli oraz filtrowanie dowolnych treści w Internecie.

– Cel oficjalny: ochrona dzieci przed bezeceństwami tego świata – hazardem, pornografią i internetowymi oszustami.

Nowe prawo miało przejść szybko i sprawnie, bez zbędnych konsultacji społecznych, które – jak wiadomo – zdominowaliby hazardowi lobbyści. To co się wydarzyło, zaskoczyło jednak wszystkich.

Najpierw były apele pojedynczych osób i organizacji. Swoje stanowiska na temat ustawy przesłały m.in. Fundacja Panoptykon, Fundacja Nowoczesna Polska, Polskie Towarzystwo Informatyczne, Polska Grupa Użytkowników Linuksa czy Fundacja Wolnego i Otwartego Oprogramowania. Wszystkie piętnowały tryb prac nad ustawą, niechlujnie sformułowany tekst, zawierający błędy logiczne, ale również samą ideę ustawowego naruszania zasady neutralności sieci. Po tym jak pierwotna formuła ustawy została wyśmiana przez prawników, sformalizowane zostały przepisy dotyczące wpisywania i usuwania strony z „Rejestru Stron i Usług Niedozwolonych”. Miał o tym decydować Sąd Okręgowy w Warszawie, wydając postanowienie, od którego można byłoby się odwołać tradycyjną drogą (strona bądź usługa pozostanie jednak w tym czasie niedostępna). Z wnioskiem o wpisanie do rejestru będą mogłyby wystąpić Policja, Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, wywiad skarbowy i Służba Celna. Ustawa została ulepszona pod względem prawnym, ale problem główny pozostał: dlaczego rząd chce cenzurować sieć? I dlaczego zupełnie nie słucha ekspertów z organizacji pozarządowych, którzy od pojawienia się pomysłu bezlitośnie punktują projekt?

Podczas gdy organizacje wymieniały listy z rządem, internauci postanowili działać. W ciągu kilku dni powstały trzy grupy w serwisie społecznościowym Facebook zbierające przeciwników ustawy. Stały się one głównym narzędziem komunikacji między ludźmi, którym nie w smak były zapędy cenzorskie rządu.

Mniej więcej w tym samym czasie, autor tego artykułu postanowił upublicznić swój – napisany jeszcze w listopadzie, niejako na wszelki wypadek – list do Prezydenta RP, Lecha Kaczyńskiego, nawołujący go do zawetowania ustawy hazardowej, w razie gdyby zawierała ona artykuł dotyczący filtrowania sieci. Po nagłośnieniu listu przez prasę, m.in. dzięki artykułowi w „Rzeczpospolitej” (zadziałały tu znów podpisy zebrane w maju przeciw cenzurze Internetu – do 65 tysięcy osób dołączyło ponad 10 tysięcy kolejnych – takie liczby poparcia robią na rządzących wrażenie), przedstawiciele głównych ośrodków sprzeciwu, w tym Grupy Jakilinux, zostały zaproszone na spotkanie z Władysławem Stasiakiem w Kancelarii Prezydenta. Prawdopodobnie to właśnie wydarzenie sprowokowało Premiera Tuska do publikacji listu do internautów, w którym tłumaczył się on ze swoich intencji związanych z trefną ustawą i zapraszał do dialogu w sprawie „Rejestru”. Sprawy potoczyły się od tego momentu błyskawicznie. Inicjatywę przejął wtedy niezwiązany do tej pory ze sprawą bloger Maciej Budzich, który podjął się organizacji debaty między „internautami” a premierem.

DEBATA Z PREMIEREM I JEJ KONSEKWENCJE

Debata wzbudziła ogromne kontrowersje i sprowokowała wiele dyskusji. Kto powinien wziąć w niej udział? Może blogerzy? Może organizacje pozarządowe? A może osoby, które faktycznie doprowadziły do tego spotkania pisząc listy, organizując manifestacje i nagłaśniając sprawę? Maciej poradził sobie całkiem nieźle (choć oczywiście znaleźli się poszkodowani) z doborem uczestników i organizacją przedsięwzięcia. Na sali pojawili się przedstawiciele wszystkich organizacji, które miały coś sensownego do powiedzenia w sprawie ustawy, a także wybrani (według nieznanego klucza) blogerzy. Debata odbyła się więc 5 lutego 2010 roku i wprawdzie nie doszło na niej do prawdziwego dialogu internautów z premierem, a Tusk „nie został przekonany” argumentami blogerów i organizacji, to efektem było przyznanie się premiera do niedopatrzeń w trybie prac nad ustawą wprowadzającą niesławny „Rejestr” oraz obietnica usunięcia rejestru z ustawy celem dogłębnej analizy konsekwencji takiego rozwiązania.

Czy więc osiągnęliśmy sukces, jak obwieściły to następnego dnia wszystkie media? Połowicznie. Na pewno udało się – po raz drugi w ciągu roku – zatrzymać pokusy rządzących do zwiększania swojej kontroli nad życiem obywateli. Po raz kolejny jednak okazało się, że rząd reaguje tylko wtedy, gdy czuje na sobie presję społeczeństwa. A presję tę czuje wtedy, gdy przeczyta o tym w prasie. A prasa napisze o tym tylko wtedy, jeśli temat będzie wystarczająco nośny. Co jeśli „Rzeczpospolita” nie napisałaby o tysiącach internautów proszących Prezydenta o weto? Co jeśli Prezydent nie wziąłby sprawy w swoje ręce organizując spotkanie? Czy doszłoby wtedy w ogóle do debaty z Premierem? W tej chwili możemy tylko gdybać.

PLATFORMA DLA PLATFORMY, CZYLI BLIŻEJ LUDZI

Można oczywiście zakładać złą wolę ze strony rządzących (jako klasy społecznej). Wtedy pozostaje nam nadal pisać petycje, zbierać podpisy, demonstrować przed Sejmem, najlepiej z butelkami z benzyną (rząd zwykle reaguje wtedy ekspresowo). Zakładając jednak optymistycznie, że problem polega nie na złej woli, a na braku narzędzi do komunikacji ze społeczeństewm, można go próbować rozwiązać wspólnie i nie jest to tak trudne, jak mogłoby się to wydawać.

Daniel Koć z Grupy Jakilinux podczas debaty z Premierem zaproponował, żeby konsultacje dotyczące ustaw istotnych dla społeczeństwa informacyjnego odbywały się… po prostu w Internecie. Jako, że „debata” polegała głównie na wygłaszaniu przemówień przez kolejnych zaproszonych gości, a nie na faktycznym dialogu, propozycja ta przeszła niestety bez echa. To nie przeszkodziło jednak Danielowi wytłumaczyć się dokładnie ze swojego pomysłu w artykule opublikowanym na wortalu jakilinux.org, gdzie pisze on tak:

“Nie ma co skupiać się na pertraktacjach z garstką ludzi, kiedy możliwa jest znacznie bardziej bezpośrednia forma konsultacji. Z jednej strony bowiem liczba internautów, czyli właściwie obywateli, powoduje niemożliwy do rozwiązania problem logistyczny – jak wybrać reprezentację nie dyskryminując nikogo, jak ją zmieścić w sali i jak dać realną, a nie tylko „hasłową” możliwość dyskusji. Z drugiej jednak wystarczy zmienić sposób myślenia, a problem sam się załatwi, i to z nawiązką.

Gdyby bowiem z internautami prowadzić wielogłos w (niespodzianka…) Internecie, to nie trzeba by było nikogo upychać w żadnych salach ani w wąsko określonych godzinach. Ilość także nie byłaby takim problemem: z milionów ludzi przecież nie wszyscy mają zamiar zabierać głos – ale to oni sami decydują, czy się włączą, a więc nie ma dyskryminacji.

Premier ujawnił, że ustawa zawierająca propozycję rejestru została celowo szybko przepchnięta, ponieważ obawiał się działań lobby hazardowego. Rząd wybrał więc drogę „nie ufamy nikomu i lepiej zróbmy to po swojemu, żeby tylko uniknąć manipulacji”. Tryb jej tworzenia odzwierciedla skutki samego rejestru, gdyby stał się obowiązującym prawem: na obawie przed zagrożeniem ze strony nielicznych mogą stracić szerokie masy ludzi. W toku powszechnej, przejrzystej debaty publicznej, lobbyści oczywiście także mieliby głos, jednak w społeczeństwie istnieją także ich naturalni przeciwnicy: inni lobbyści lub po prostu ludzie o odmiennych przekonaniach.

Zamiast otaczać się wałem obronnym, rolą władz w tym nowym modelu byłoby uwzględnianie zdania wszystkich zainteresowanych, moderowanie i szukanie porozumienia na każdym etapie powstawania prawa. Wymaga to więcej zaufania do demokracji obywatelskiej; uznania, że szerokie uczestnictwo zmniejsza ryzyko wynikające z istnienia grup partykularnych interesów; dostrzeżenia w tym mechanizmie szansy na prawdziwe wychowanie obywatelskie; no i oczywiście stworzenia odpowiednich narzędzi technicznych oraz procedur – ale w naszym ustroju to chyba nie są nadmierne oczekiwania wobec władzy, prawda?”

Łatwo zarzucić tej wizji uproszczenie, a nawet utopijność. Słusznie, bo to zaledwie wizja – pewna rama, sposób i kierunek myślenia, którym warto się kierować jako ogólną wskazówką.

Nie uważam, żeby wizja Daniela była utopijna. Takie rzeczy przecież już się dzieją, a platformy służące do zbiorowej współpracy tysięcy, a nawet milionów ludzi istnieją w Internecie. Wystarczy wspomnieć o projekcie Wikipedii – darmowej encyklopedii tworzonej przez ochotników. Dlaczego prawo nie mogłoby być, jeśli nie tworzone, to chociaż konsultowane, w podobny sposób? Zwłaszcza, że oprogramowanie zasilające Wikipedię – MediaWiki – jest otwarte i darmowe. Nic tylko korzystać!

Michał Boni z Kancelarii Prezesa Rady Ministrów w końcowej fazie debaty zapowiedział stworzenie internetowej „platformy” usprawniającej konsultacje społeczne. Miałaby ona zapobiec „nieporozumieniom”, jakie wynikły m.in. podczas próby przepchnięcia ustawy hazardowej z „backdoorem” w postaci cenzury sieci. Czy będzie to demokratyczna platforma, w której udział będzie mógł wziąć każdy obywatel zainteresowany zmianami w prawie, czy niszowy system tylko dla starannie wyselekcjonowanych organizacji? Odpowiedź na to pytanie pokaże jakie jest faktyczne podejście władzy do idei konsultacji społecznych. Pokaże ona na ile zapowiedzi demokratyzacji procesu tworzenia prawa i wyjścia naprzeciw oczekiwaniom społeczeństwa informacyjnego były sloganami, a na ile realnymi planami rządu.

Autor: Borys Musielak
Zdjęcie: Urban Artefakte
Źródło: Dziennikarstwo Obywatelskie i Liberte!
Na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 2.5 Polska

O AUTORZE

Borys Musielak – urodzony w 1980 roku w Toruniu, absolwent informatyki w Polsko Japońskiej Szkole Technik Komputerowych. Przedsiębiorca internetowy i bloger. Jest właścicielem informacyjnych serwisów internetowych: OSnews.pl i LinuxNews.pl oraz wortalu dla użytkowników Linuksa: jakilinux.org, funkcjonujących jako całość pod nazwą Grupa Jakilinux. Tworzy też społeczność miłośników ambitnego kina na Filmaster.pl, gdzie prowadzi swojego filmowego bloga (michuk.filmaster.pl). Od 2005 roku działa na rzecz neutralności sieci oraz promuje wolne oprogramowanie w Polsce.

Read Full Post | Make a Comment ( None so far )

  • Google Translator

  • STOP kłamstwu tvn!

    STOP TVN, TVN24, POLSAT I WYBIÓRCZEJ - stop zakłamaniu w mediach masowych
  • Chroń medycynę naturalną/ Protect natural medicine all over the world
  • Podpisz petycję w obronie medycyny naturalnej i tradycyjnych systemów medycznych
  • Medycyna Tybetańsko-Mongolska, Akupunktura, Moksa, Ziołolecznictwo na PINTEREST.COM
  • Polub nas na FB

  • Instagram prof Enji

    There was an error retrieving images from Instagram. An attempt will be remade in a few minutes.

  • Artykuł o nagonce

  • Czwarty Wymiar o nagonce medialnej

    Artykuł w "CZWARTYM WYMIARZE" o nagonce medialnej na lekarkę Enkhjargal Dovchin "ENJI"
  • Artykuły w „ZC”

    Znaki Czasu - to obecnie jedyne czasopismo, które ma odwagę pisać jawnie o najważniejszych sprawach dotyczących zdrowia ludzkiego czyli Kodeksie Żywnościowym, Szczepieniach oraz alternatywnych metodach leczniczych.
  • MTM in Poland

    Mongolska Tradycyjna Medycyna w Polsce - MTM in Poland
  • LIST OTWARTY

    LIST OTWARTY PUBLICYSTÓW W OBRONIE TOLERANCJI I WOLNOŚCI WYKONYWANIA ZAWODU
  • Chmurka kategorii

  • Ankiety

  • Szybkie menu

Liked it here?
Why not try sites on the blogroll...