Alternatywa kompradorska

Opublikowano: 09.09.2008 

W analizach polityczno-gospodarczych od dawna funkcjonuje termin „burżuazja kompradorska”, oznaczający elity kapitałowe obcego pochodzenia, działające w krajach kolonizowanych przez światowe potęgi. Termin ów wskazuje na brak związków takiego kapitału z losami danej wspólnoty, obojętność na lokalne uwarunkowania, a także na jego kulturowe wyabstrahowanie z miejscowego kontekstu.

Burżuazja kompradorska jest powiązana z „centrum”, czyli światowymi potęgami gospodarczymi. W ich interesie operuje na terenie „peryferii”, tj. krajów i regionów stanowiących obiekt kolonizacji. Peryferie stanowią zaplecze surowcowe i wytwórcze, umożliwiając pozyskanie po niskich cenach tych produktów i usług, które są poszukiwane w centrum. Ale nie tylko – są także klientelą sektora kulturalno-rozrywkowego, usytuowanego w centrum, absorbując przetransponowane stamtąd style życie i wzorce kulturowe.

W ten sposób dokonuje się „rozwój zależny”, czyli przyjęcie przez peryferie modeli gospodarki i szeroko pojętej kultury stworzonych w centrum. Służą one przede wszystkim interesom centrum i często są niekorzystne dla obszarów peryferyjnych. Samo słowo „rozwój” należy tu traktować z dystansem – efektem tego scenariusza jest rozwój centrum i niedorozwój peryferii. Te drugie traktowane są bowiem instrumentalnie i często, w imię korzyści podmiotów dominujących, spychane ze ścieżki rzeczywistego rozwoju. Jadwiga Staniszkis w swej pracy „The Dynamics of the Breakthrough in Eastern Europe” z 1991 r. ujęła to tak: „Przyłączenie do zachodniego systemu ekonomicznego nie oznacza życia na takim samym poziomie, jak w społeczeństwach wysokorozwiniętych”.

* * *

Burżuazja kompradorska to fenomen dobrze opisany. Mniej natomiast znany i znacznie rzadziej – jeśli w ogóle – dyskutowany jest problem drugiej strony tego medalu. Burżuazja kompradorska jest awersem, zaś rewers stanowi – nazwijmy to tak – „alternatywa kompradorska”. Nie tylko wielki kapitał dokonuje ekspansji i zaszczepia swoje wzorce w krajach kolonizowanych, nie dbając o miejscowe uwarunkowania. Podobnie działają jego rzekomi przeciwnicy, którzy na cały świat chcą rozciągnąć jeden model – powstały w bogatych krajach Zachodu – bez uwzględnienia lokalnej specyfiki kulturowo-historycznej.

Głównym polem działania alternatywy kompradorskiej jest sfera kultury. Mamy tu do czynienia z promocją etosu pożądanego z punktu widzenia elit centrum – indywidualizmu, konsumpcjonizmu, prymatu praw nad obowiązkami, materializmu, czyli z eliminowaniem wszelkich kulturowo-obyczajowych wzorców i nawyków, które stają na przeszkodzie ekspansji wielkiego kapitału. Choć na pierwszy rzut oka rola alternatywy kompradorskiej jest niezbyt istotna, w rzeczywistości jej działania, wspierane chętnie i często przez establishment centrum, mają bardzo duże znaczenie z punktu widzenia długoplanowej stabilizacji istniejącego porządku.

Włoski lewicowy filozof Antonio Gramsci zauważył, że kluczowa dla trwałego sprawowania władzy jest tzw. hegemonia kulturowa. Zrewidował on tezę Marksa mówiącą, iż podstawowe znaczenie z punktu widzenia przejęcia i utrzymania władzy ma opanowanie bazy wytwórczej i kreowanie reguł stosunków gospodarczych. Gramsci uznał, że przemiany w sferze „nadbudowy” (idee, światopogląd, system wartości, mody kulturalne) determinują zmiany w obrębie „bazy” (gospodarka, instytucje, struktura władzy). Co więcej, to właśnie hegemonia kulturowa jest znacznie trwalsza niż ekonomiczna. Nie chodzi o to, że nie ma znaczenia, „kto trzyma rękę na kasie” – rzecz w tym, że opanowanie sfery decyzyjnej w gospodarce i polityce jest znacznie bardziej kruche i nietrwałe niż kulturowy podbój jakiejś społeczności.

Narzucenie „centralnego”, tj. liberalno-zachodniego etosu kulturowego jest najlepszym antidotum na rewoltę wyzyskiwanych nędzarzy. Po pierwsze, sprawia ono, że duże zbiorowości mogące stawić opór, zostają zdezintegrowane i podzielone na wzajemnie skonfliktowane grupy i grupki, z których każda walczy o partykularne interesy („prawa” tych czy innych mniejszości – a dziś prawie każdy „należy” do jakiejś mniejszości). Po drugie, jeśli już dojdzie do rewolty, bez trudu udaje się wciągnąć część jej uczestników do udziału w „wielkim żarciu” liberalnego hedonizmu, dezintegrując w ten sposób społeczne zaplecze buntu.

Ten swoisty Kulturkampf ma kluczowe znaczenie z punktu widzenia trwania i stabilności obecnego systemu oraz zagwarantowania realizacji interesów centrum.

* * *

Alternatywa kompradorska już dawno dotarła do Polski. Dokonuje ona przeszczepu globalnych wzorców na lokalny grunt, bez próby zrozumienia miejscowych uwarunkowań – zamiast tego mamy agresywną promocję ideologii i rozwiązań, które powstały setki kilometrów stąd. Pasuje to wszystko jak pięść do nosa, jest jednak dobrą robotą z punktu widzenia wyżej opisanej ekspansji centrum i realizacji jego interesów. Jeśli uważnie przyjrzeć się operującym w Polsce ekspozyturom ponadnarodowych „korporacji” alternatywnych, widać wyraźnie, że reprezentują one interesy globalnej elity w dziele przekształcania świata wedle liberalno-konsumpcyjnego wzorca.

Macierzyste filie zachodnich organizacji skrajnej lewicy, najczęściej będące emanacjami nurtu trockistowskiego, epatują polskich robotników głównie takimi kwestiami, jak prawa mniejszości seksualnych, antyrasizm, legalizacja tzw. miękkich narkotyków itp. oraz wzywają ich do natychmiastowej rewolucji wedle scenariusza rodem ze świętych pism któregoś z idoli. Szkoda tylko, że codzienne życie krajowych robotników obfituje w znacznie większe troski niż np. domaganie się legalizacji marihuany czy małżeństw gejów, a romantyczno-komercyjny mit „Che” Guevary też niezbyt pasuje do realiów popegieerowskich wiosek i „restrukturyzowanych” kopalń.

Podobnie jest z polskimi feministkami, odwołującymi się do realiów krajów o zupełnie innym przebiegu procesów modernizacyjnych. To, co na Zachodzie mogło uchodzić za istotne problemy wielu kobiet (niezależnie, czy uznamy takie postulaty za słuszne), jak prawo do aborcji na żądanie, parytet na listach wyborczych czy swoboda seksualno-obyczajowa, w Polsce stanowi problem zastępczy, ekstrawagancję lub otwartą wojnę z zastanymi wzorcami. Feministki więcej uwagi poświęcają problemom par lesbijskich niż np. bezrobociu wśród kobiet. Nic dziwnego – w państwach, z których płynie strumień pieniędzy na wsparcie organizacji feministycznych, problem bezrobocia i biedy jest nieporównanie mniejszy niż w Polsce, bo to ta ostatnia jest krajem peryferyjnym.

Nie inaczej jest w ekologii. Na „zielonym” poletku mamy nie tylko przyswajanie ideologii rodem z USA i Europy Zachodniej, ale także tworzenie filii zagranicznych ugrupowań. Tam takie struktury wyrastały w wyniku oddolnych działań społeczeństwa, zaalarmowanego stanem środowiska naturalnego. U nas jest to dzieło z gatunku „inżynierii organizacyjnej”: pieniądze, szyld i nadzór przychodzą z Zachodu, a kadrę do czarnej roboty werbuje się wśród Polaków. Nie ma tu żadnej bazy członkowskiej, pracowników rekrutuje się na zasadach komercyjnych, często towarzyszy temu nienajlepsze rozpoznanie lokalnych problemów przyrodniczych. Efekt? Często więcej konkretnego dla przyrody robią niewielkie lokalne grupy, składające się ze społeczników, niedysponujące nawet ułamkiem funduszy posiadanych przez polskie filie zachodnich organizacji. Podobnie jest z tematyką działań – nie chodzi o to, co jest rzeczywistym problemem ekologicznym w Polsce, ale o to, co jest na Zachodzie modne i w czym specjalizuje się organizacja macierzysta. Ta ekologia stanowi zresztą raczej oliwienie trybów machiny produkcyjno-konsumpcyjnej (tzw. czyste środowisko potrzebne jest także globalnym elitom, a globalna bourgeoisie chętnie wybierze się na urlop np. w Puszczy Białowieskiej, do czego ekolodzy zachęcają jej przedstawicieli) niż ochronę lokalnej specyfiki przyrodniczej i jej niepowtarzalności.

Swoistą kumulacją tych trendów są polscy antyglobaliści, rekrutujący się w dużej mierze spośród wyżej opisanych środowisk. Nazwa ruchu zapowiadała, że będzie szanował różnorodność, niechętny powielaniu na całym świecie jednego modelu. Niestety, zachodni antyglobalizm to nowa maska starych utopii z ich chęcią zanegowania partykularyzmów kulturowych. Zamiast wskazywania na przyczyny i skutki neoliberalnej ofensywy, gros polskich antyglobalistów operuje abstrakcyjnymi sloganami.

Zamiast np. kampanii „kupuj polskie produkty − chroń lokalne miejsca pracy”, oni roztrząsają aspekty konfliktu izraelsko-palestyńskiego, „kwestię kobiecą” w Afganistanie i wojażują po tzw. forach społecznych, z czego dla „tubylców” nie wynika absolutnie nic. W dodatku niemal wszelkie próby nawiązania do lokalnego kontekstu kulturowego traktuje się w tym środowisku jako groźny nacjonalizm, co nb. jest pośrednim efektem zaniku lewicy patriotycznej, zastąpionej przez jej globalistyczną (bo nie internacjonalistyczną – internacjonalizm to współpraca patriotów różnych krajów) odmianę.

Ostatnio antyglobaliści przechrzcili się na „alterglobalistów”, czyli zwolenników innej globalizacji. Stało się tak głównie pod wpływem nagonki wielkich mediów, zarzucających ruchowi „wsteczne” tendencje, chęć zatrzymania „postępu” i kultywowanie „zaściankowości”. Dla środowisk tworzących ten ruch nie mogło być gorszych obelg, więc szybko przystosowano się, zgodnie z wzorcami public relations, do nowych trendów. I tak oto zamiast radykałów, mamy grzecznych lizusów, którzy prześcigają się w deklaracjach, że oni też przecież chcą globalizacji, bo ona ma tyle dobrych cech, a poza tym jest nieuchronna itp., itd. Cóż, śmierć też jest nieuchronna, co nie znaczy, że zaraz po urodzeniu powinniśmy popełnić samobójstwo. Poza tym po radykałach można się było spodziewać, że właśnie „nieuchronnemu” rzucą wyzwanie – tymczasem prezentują oni asekuranctwo i kołtuństwo godne pani Dulskiej.

Feministyczne radykałki, alterglobaliści, uformowani na zachodnią modłę ekolodzy i bojownicy skrajnej lewicy, są mentalnie mocno powiązani z globalnym establishmentem. Jedni i drudzy marzą o skonstruowaniu Nowego Człowieka, wolnego od wszelkich wpływów dawnych „ciemnych” epok, jedni i drudzy wierzą w nieustanny postęp, który doprowadzi ludzkość do ziemskiego raju wolności i obfitości. Dla nich wszelkie partykularyzmy są przeszkodą na drodze do tego raju, wszelkie odwołania do przeszłości kojarzą się z faszyzmem, wszelka ostrożność w projektowaniu zmian to obskurancki konserwatyzm, itd. Ci ludzie naprawdę wierzą, że dobro zaczęło się w Oświeceniu, że kobiety na całym świecie marzą o stylu życia „wyzwolonej” business woman, że patriotyzm nieodmiennie prowadzi do czystek etnicznych, że wrażliwość na kondycję ekosystemu pojawiła się wraz z hipisami i przyswojeniem popłuczyn po buddyzmie, że troska o wyzyskiwanych robotników polega na gadaniu kawiarnianych kontestatorów o „sprawiedliwości społecznej”, że na prowincji mieszkają reakcyjni kretyni, których trzeba „edukować”…

„Rozwój zależny” peryferii, dokonujący się z korzyścią wyłącznie dla centrum, to nie tylko ekspansja wielkich koncernów i neoliberalnej polityki. To także ekspansja najnowocześniejszych elementów zachodniej kultury, promowanych z zapałem przez kompradorską alternatywę.

* * *

Dobrym przykładem alternatywnego kompradorstwa są dwa teksty zamieszczone przez pewien trockistowski miesięcznik. W pierwszym z nich niejaki Jan Czarski, komentując „alterglobalistyczne” Światowe Forum Społeczne w Bombaju, napisał: „Filip Memches na łamach »Obywatela« stwierdził /…/ że antyglobalistyczne demonstracje są organizowane przez »sytą beztroską młodzież z Zachodu«, do której nie przyłączają się »konserwatywne obyczajowo grupy społeczne – robotnicy i chłopi z krajów Trzeciego Świata«. A tu okazuje się, że w mumbajskim forum biorą udział robotnicy i chłopi nie tylko z Indii, a co więcej – drżyjcie konserwatyści! – nawet indyjscy transwestyci, hidżrowie”.

Oczywiste jest, że do krytyków globalizacji przyłączyły się różne środowiska, także przedstawiciele chłopów i robotników (choć nie są to liczne grupy). Problem tkwi jednak w czymś zupełnie innym – w rozbieżności interesów. Chłopi Trzeciego Świata i robotnicy są w ruchu krytyków globalizacji. Czy to jednak świadczy o jakiejś wspólnocie ideowej lub podobieństwie problemów trapiących wieśniaków i transwestytów? Francuscy robotnicy poparli w 1968 r. „zbuntowaną” studenterię i Daniela Cohn-Bendita, którzy zamiast zajmować się ich problemami wolą dziś na salonach władzy roztrząsać kwestie legalności palenia marihuany. Polscy chłopi i robotnicy poparli w roku 1980 „Solidarności” – i utorowali drogę Balcerowiczowi, Geremkowi itp., którzy niezwłocznie się na nich wypięli, zajęci konsumowaniem owoców władzy.

Argument o poparciu różnych grup społecznych wygląda zresztą zabawnie, bo znacznie więcej chłopów i robotników popiera np. Le Pena i Ligę Polskich Rodzin niż „alterglobalistów” i trockistowskie grupki. Jednak nie w tym rzecz, by operować równie głupimi argumentami jak cytowany tu doktryner. Chodzi o coś innego. Przykład wspomnianych indyjskich „transwestytów” jest bardzo dobry. Tyle tylko, że Czarski nie napisał – bo nie ma o tym pojęcia lub kłamie – iż nie mają oni nic wspólnego z transwestytami na wzorzec zachodnich nowomodnych dziwaków. Hidżrowie to tradycyjna hinduska grupa społeczna, której członkowie z przyczyn religijno-obyczajowych (oddają cześć jednej z hinduskich bogiń) dokonują aktu kastracji i funkcjonują później w społecznościach zajmujących się żebractwem, wróżbiarstwem, praktykami religijno-magicznymi itp. Są grupą wpisaną w tradycyjny porządek kultury hinduskiej. Wywody Czarskiego, iż konserwatywni chłopi i robotnicy Trzeciego Świata bratają się z nowoczesnymi obyczajowo transwestytami, nie tylko są na bakier z rzeczywistością, ale także stanowią wyraz kulturowego imperializmu, w postaci przenoszenia zachodniej („centralnej”) optyki do społeczeństwa rządzącego się zgoła odmiennymi prawami. A jeśli Czarski uważa, że konserwatywne grupy społeczne naprawdę są chętne na sojusze z transwestytami, to proponuję mu wycieczkę na Podlasie, Podhale lub Kaszuby i propagowanie tam takich pomysłów – zobaczymy, ilu znajdzie zwolenników, a raczej w jakim stanie wróci.

Z kolei Daniel Zaremba pisze tak: „Nie występujemy przeciwko globalizacji internetu, demokracji, praw socjalnych, praw kobiet, występujemy przeciwko globalizacji dyktatury kapitału, uniformizmu kulturowego /…/ Występujemy przeciwko określonej formie globalizacji – kapitalistycznej, neoliberalnej, ale opowiadamy się też za globalizacją praw społecznych i demokratycznych”. Taka deklaracja stanowi skrzyżowanie obecnych poglądów skruszonego spekulanta George’a Sorosa („przeciw globalizacji dyktatury kapitału”) i przywódcy globalnego imperium George’a W. Busha („za globalizacją praw demokratycznych”). I tak jest w istocie, nawet jeśli trockista odżegnuje się od podobnych więzi – tamci dwaj i on sam wierzą w raj na skalę globalną. Bush wierzy w raj bez „terrorystów” i „państw zbójeckich”, Soros w raj bez „dzikiego” kapitalizmu, Zaremba w raj bez kapitalizmu.

Spór między nimi można by potraktować jako kłótnię w rodzinie, jednak nawet tym nie jest, bo ta „kłótnia” oznacza współdziałanie. Jedni (Bush) „globalizują” politykę i gospodarkę, wprzęgając kolejne obszary w kierat światowego kapitalizmu, inni (Soros) z wyrachowania starają się łagodzić skutki tego procederu (coś w rodzaju „państwa opiekuńczego” w skali świata), a jeszcze inni (Zaremba) pomagają pierwszemu i drugiemu, propagując jeden wzorzec kulturowy. Różnic nie ma praktycznie żadnych, bo Bush i Soros są za globalizacją Internetu, demokracji, praw kobiet itp., a to że Zaremba jest przeciw neoliberalnemu kapitalizmowi, niczego tu nie zmienia. Rolą takich jak on jest w tym systemie dbałość o kulturową „nadbudowę”, nie zaś o gospodarczą „bazę”.

* * *

Alternatywni kompradorzy mają być w tym układzie taranem, który rozbije kulturowe przeszkody na drodze ekspansji wielkiego kapitału. Co prawda Zaremba et consortes deklarują, iż są przeciwni „globalizacji kulturowego uniformizmu”, ale to bajki dla naiwnych – w ich rzekomym pluralizmie jest miejsce wyłącznie na jeden model kultury i to w dodatku model tworzony i aprobowany przez wąskie kulturowe elity ponowoczesności, a nie przez lud. Mówiąc sloganowo, jest to „różnorodność” i „wolność” obejmująca np. Nieznalską i jej „dzieła”, ale już nie kulturę religijną czy tradycyjną obyczajowość. Ta pierwsza jest bowiem „wolnościowa”, te drugie zaś „restrykcyjne”. I tak się jakoś dziwnie złożyło, że współczesny rynek opiera się właśnie na „wolności” (więcej!), nie na ograniczeniach…

Podobnie jest z innymi wartościami, które deklaruje to towarzystwo, np. z upowszechnieniem praw demokratycznych. Chciałbym jednak zobaczyć, jak wygląda ich poparcie dla „globalizacji demokracji”, gdyby wszystkie społeczności mogły rządzić się po swojemu, bez „pomocy” inżynierów społecznych i agresywnej inwazji zachodnich stylów życia, albo gdyby w jakimś ogólnoświatowym plebiscycie stanął w szranki miliard muzułmanów, miliard Hindusów i miliard Chińczyków, którzy głosowaliby w zgodzie z własnymi przekonaniami i kulturą, nie zaś w duchu zachodniej ideologii „wolnościowej”. Zapewne zamiast demokracji nastałoby to, co zawsze wprowadzali w życie mitomani w zetknięciu z oporem społecznej „materii”, czyli zamordyzm wobec „niedostosowanych” poddanych. Ci, którzy mają pełne gęby frazesów o egalitaryzmie i demokracji, stanowią zarozumiałą i przekonaną o własnej nieomylności elitę. I dlatego „demokraci” pomstują na „populizm” (czyli artykułowanie przekonań ludu), a „egalitaryści” i „obrońcy robotników” nieodmiennie wolą się wsłuchiwać w głos kastowej „awangardy proletariatu” (czyli swój własny) niż poznać i uszanować marzenia, dążenia i zwyczaje przeciętnych pracowników najemnych.

To swoją drogą znaczące i pouczające, że ci sami ludzie, którzy tyle rozprawiają o tolerancji i poszanowaniu „Innego”, tolerują i szanują jedynie samych swoich, dla całej reszty, czyli wielomilionowych rzesz społeczeństwa, mając lekceważenie, pogardę i poczucie wyższości. Jeszcze bardziej znaczące jest to, że ci sami ludzie, którzy zachłystują się sloganami o tolerancji, wielokulturowości, zwalczaniu ksenofobii itp., lekceważą dorobek innych kultur. Tak się bowiem składa, że mieszkańcy Afryki, Azji czy Ameryki Południowej mogą w Pierwszym Świecie zakładać „etniczne” knajpy czy śpiewać takież piosenki, ale żaden poważniejszy element ich etosu kulturowego nie został na Zachodzie uznany za równoprawny i wart naśladowania. Nie znam np. feministki, która przeszłaby na islam i zajęła się prowadzeniem domu, ani lewaków, którzy wzięliby przykład z tradycyjnych struktur rodowo-etnicznych południowoamerykańskich wieśniaków. Ci ludzie traktują członków innych kultur jako ciemny motłoch, który trzeba uformować na zachodnią modłę, a „tolerancja” jest w praktyce ekspansją jedynej słusznej w tych kręgach, nowoczesnej kultury świecko-komercyjnej.

* * *

Jeśli w tym równaniu nic się nie zmieni, to strumień gotówki i dóbr będzie nadal płynął z peryferii ku centrum, umacniając potęgę tego ostatniego i spychając na dno te pierwsze. Wyzyskiwani proletariusze Zachodu i chłopi Trzeciego Świata po całodziennej harówce na swych panów wydadzą resztki zarobków na rozrywki i gadżety wykreowane przez sztaby marketingowe i wypromowane przez bojowników o „prawa”, „wolność” itp.

Nieograniczona władza wielkiego kapitału sprzęgnie się z hegemonią kulturową lewackich „buntowników”, a wszyscy przeciwnicy takiego modelu będą pod hasłami walki z Ciemnogrodem zwalczani przez liberalne medialne koncerny i trockistowskie gazetki. W dowód wdzięczności za utrwalanie władzy Kapitału, redaktorzy tych ostatnich otrzymają zapewne intratne posady w jakimś Urzędzie ds. Globalizowania Internetu, Ministerstwie Tolerancji, Biurze Dbałości o Transwestytów albo w „Gazecie Słusznej”. Oczywiście tylko ci najbardziej zasłużeni – reszta będzie pariasami, bo rewolucja pożera własne dzieci. Także globalna rewolucja, która się właśnie dokonuje.

Autor: Remigiusz Okraska

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Liked it here?
Why not try sites on the blogroll...

%d bloggers like this: